WSZYSTKIE WIERSZE RATZA

Jestem wariatem. Mój umysł to chaos. To co tworzę to bełkot i brak treści. Jestem mistrzem przekazywania zadziwiająco małej ilości informacji za pomocą zadziwiająco wielu słów. Przyglądam się temu z zażenowaniem ale i ciekawością badacza. Jakież to zadziwiające zbitki słów ze mnie wyjdą  jeszcze? Jak bezmyślnym muszę być żeby pisać tak bełkotliwe rzeczy? Wielkie słowa, małe treści. Czysta grafomania. Tak to dziś widzę. Pokazuję to bo dokumentuję, kolekcjonuję stany umysłu i wszelkie ich przejawy niezależnie od tego jakie to stany i jak są przedstawione. Interesuje mnie mój umysł w każdej formie. Obcuję z nim już ładnych parę lat ale dalej nie mogę go w pełni zrozumieć. Czy to co się w nim dzieje to pełny automatyzm? W jakim stopniu ponoszę odpowiedzialność za ten bełkot? W końcu chciałem powiedzieć coś istotnego, intencje były dobre... Dla zachowania pełnej autentyczności zachowałem również błędy ortograficzne...




jestem zdolny do wszystkiego
bo nie stać mnie
na papier
jestem zdolny do wszystkiego
na papierze
28.8.17

jest doskonale
kiedy zapominam
kim jestem
niestety inni
świetnie pamiętają
swoje koncepcje
na mój temat
10.8.17

ciemnokracja

kiedy był już cesarzem tej wsi
jego pierwszy dekret
nakazał wszystkim
prócz niego samego
chodzić na golasa
o każdej porze roku
a jak jakiś oświeceniowy element
powiedział o nim
albo co gorsza napisał:
"niemądry człowieku"
lub coś równie prawdziwego
osobiście obcinał mu
jakieś organellum
swoimi przerdzewiałymi,
tępymi
nożyczkami do paznokci
jak na prawdziwego satanistę
przystało
22.7.2017

cały jest z kurzu na wietrze
niepoważny nihilista posthumanista
nie motywuje go to co na zewnątrz
jego wszechświat jest samowystarczalny
wymyślone formy utrwala na chwilę sklejając się tymczasowo
do snu ugłaskuje go stabilny chłód ściany
nie daje się zwariować przypadkom
z dystansu lat świetlnych problemy mają właściwe proporcje
31.5.17

nie otwierać

obudziłem się w trumnie
przyfasoliłem głową o wieko
jak widać, choć pieruńsko tu ciemno
na nic prośby by zakonserwowano mój mózg
a resztę flaków oddano do przeszczepów
lub medykom do zabawy
całkiem tu miękko
nawet nie zimno
miejsca w sam raz dla mnie
doskonale jeszcze pamiętam
ten eskapistyczny sen
sprzed chwili
w kieszeni nie mam nawet telefonu
w czaszce chipa
jedynie ta kartka i cienkopis
znalazły się w mojej jedynej marynarce
można krzyczeć, można wierzgać,
można walić, można skrobać
wszystko można
wszystkiego już próbowałem
dalej kombinuję makgajwersko
choć teraz raczej oszczędzam powietrze
medytując
katatoniczne energetyczne minimum
w zakładzie pogrzebowym
bardzo się postarali
w końcu jestem niezależny
już wiem, że czułbym się świetnie
lecąc w kapsule
do Alfa Centauri
14.12.16

słabe ślady

opuszczam kokpit, próżne spacery - pomyślałabyś?
skafander wypełniony po brzegi metabolicznymi śladami
potrząśnij mną dziewczyno a wysypie się multiwers
nigdy nic tobie do tego nie będzie
spójne skupienie ostrzy niechlujne filtry, detektory różnic
będąc wesołą spierdoliną jak kamyk w bucie
pisz, pisz za myśli sie płaci, pozwolą ci żyć
cedź mikrohistorie, wyświetlaj projekcje
pompuj słowa bo miło ignorować cudze myśli
twoja praca wygląda wtedy jak lenistwo
ale basic income nie podoba się faszystom
zbyszki kieliszki dławią się wymiocinami
jestem fanem tak wielu ludzi, że nie mam już czasu
na siebie
kulturalne mordobicia, bo inni istnieją tylko w kontrze
rzeczywistość obojętna jak połowica z urojonego związku
odznacz łańcuchowe ciągi relacji
a będzie mi coś do tego
słabe ślady
palę słowa
jestem lżejszy niż ten popiół
bardziej żywy niż ten ogień
nie pojawiasz się na horyzoncie bo wiesz,
że miły nie znaczy prawdomówny
nawet jeśli chcę mieć coś do niej
bolączki się toczą jak kościste worki
nigdy nie walczę, tym bardziej z nie-ja
dostrojona do porządku rzeczy, którymi bywasz
pływasz na krawędziach fal z twojego zakresu
rozpieszczam się dosadnie podróbkami
nigdy nic tobie do tego nie będzie
komunikujesz się ze mną cebulowo i rzadko
wolę jak strzelasz gęstą serią do sedna, bez łez
oddałbym całe dzieciństwo za to byś weszła mi na głowę
najlepiej bez majtek
zamknij oczy - widzisz? - jestem twoim niewidzialnym przyjacielem
27.10.16

kiedy cię olśni
pod żadnym pozorem
nikomu o tym nie mów
17.9.16

na moim kursie szaleństwa co ulotki pakowałem do skrzynek, co gadałem ci o nim, że zmieniam nieświadomość w wiadomość...
mole uczą się szybować w linii prostej pogwizdując, negocjować, co zeżrą w garderobie, kiwać prezesów, pisać ustawy...
muchy lepić termitiery z gówna, spacerować dostojnie i deliberować o podgniłych owocach, delektować głodem do sedna...
roztocza rozważać epistemologiczne deformacje, zarządzać procesami, projektować atrakcyjne, myślące niezależnie łaziki...
pająki jeździć na wrotkach żonglując kurzem, serwując drinki z butelek kleina w deszczu szpilek, troszczyć o kruki...
tłum w tej menażerii entomologicznej jak na Penn Station, no niemal jakby jakaś pop gwiazdorka free hugs rozdawała...
wczoraj wszyscy zwisaliśmy z sufitu na pajęczynie wypatrując przez lornetki i mikroskopy nowych klientów do zwerbowania...
rozharatani normalnością radośnie nawracaliśmy przytrutych wyznawców żenady epileptycznie tarzając się w suchych żartach i błocie...
mrówkowate chętnie porzucały monarchię kontemplując różnorodność przestworu możliwych położeń o dowolnej porze na dworze...
wyzwolone ćmy nie dowierzały istnieniu włącznika światła do czasu, takie nauczone chętnie wyczyniały sobie takie różne "dyskoteki"...
komary płacą użytecznymi teoriami za mapy z punktami krwiodawstwa, dystrybuują potem strumień karmazynowej rzeki rurociągami...
upojone pluskwy mają teraz teatr tam koło żabki, zgrywają humanoidalne formy w samych pantalonach, kurtynę im obsługuję w weekendy...
transmisje 360 stopni online z kaskaderskimi skokami pcheł rozchodzą się w sieci wiralowo, za bit walutę z reklam chodzą na lody...
bakterie nauczyłem uciekać z ciał żywicieli stosujących kiłową dietę lub manifestować swoje inklinacje hamując akcję serc...
także mocarnie, ciekawie, drobnica taka, kolaborujemy nieludzko - dołącz do nas, ulewa nam się, przedni dobrobyt, chodź...
17.6.16

generator farfocli

nowe oświeca - bo jest wokselem nowej mapy, sukcesem meta planu ograniczonego ilością komórek
megastruktury, ślady ruchliwych myślokształtów, barwy czuć niestabilnych, inżynieria nut kołyszących
markery skojarzeń, obfite składnie, rachityczne bio generatory, słabowici producenci
infosfery nic nie mówiące, rzeczywistość z nimi kolidująca obstrukcyjnie
rowki przeorane, wielowymiarowo połamane szyny, daj zniekształcę twe foremki
jest tylko wskazywane
nowomowa przepisuje się w totalność zalotnej fizyki
symuluj obrazoburczo cząstki, chrząstki, polipy, mózgi totipotencjalne
połykane rozpizdrzenie, wdech, eksplozja fraktalna, wzorzyste dywany
migotliwa najlepszość nielokalna to przenikające się sploty teorii
najtrudniejsze ekspanduje flow projektując galimatias przyszłości, za którą tęsknię
przeprowadziłem się do wymyślonego najdzikszego jazzu niemożliwego
na czole narośl w kształcie galaktyki, za powłoką lecą inne układy
przekotłuje się, przełknij, possij, przypraw, odcedź, wzburz, poliż
niekoherencja oświeca - bo montujesz antyciała, luksus doświadczania
nie sklejaj mnie, nie naprawiaj, niech się majta luzem, nie przekonuj do nudnych gier
nacięcia pamiętliwe, lęk rozparcelowany, ból zaśmiany, ewaporują jak elfy
swędzi szpik rzeczywistości, estetyczne ekosystemy zasysają ścierając prawa
smażę wnioski na ogniu świętości, skwierczę do zewnętrza, wiruję na krańcach
pożerając potencjalności migruję poza ustalenia, zakrzywiam taflę falistą
różnica oświeca - bo podnieca granulkami niedotkniętymi, błogość doznawania
małostkowych konflikty, jedyne słuszne odpowiedzi, planszówki i zamknięte labirynty, trofea maślane
zasypiam w tobie paradoksalnie, płodzę gawędy o heterogenicznej samoświadomości
zawieszam na gramaturze papieru, ściekam po krawędzi wydarzeń w znaczenia
szpilki spojrzeń, błoto, kałuże, brzask i wrzask perfum nieznanej marki
hipnotyzuje nadzieją choć jeszcze nic się nie dzieje, wisi to w mentalnej pauzie
znikam przeszyty strumieniem, ulepkami, miodem nowości, krotochwilą atrakcyjności
muśnięciem mnie napoisz, dotkniesz a uwierzę w siebie, magiczne sztuczki absztyfikantki
spokój
nowe to antygrawitacja, sedno jest młode, paliwo żywotne, silnik wydajny, pamiętliwy
interaktywny klałn polifonią wypełni twój bit, farszem zaklei nieskończone odległości
całość zwinąć w oczywistość, ścisnąć w świeże byjątka, uprościć bezstratnie
siarczysta, gotująca się ekstremalność czekania, wybuchowa zawiesistość kisielu chęci
twój mistrz się myli, władza to katastrofa bezmyślnego poddania, zawiany marsz kukieł
schłodzony konkretem myśli integruję owoce panorgii, baletu potworności opisów
spijaj soki
zrekonstruuj najdalsze zakątki, losowe wyjątki ćpaj jak enteogeny, sącz nietoksyczne płyny
miasta transkrybują się w realne filmy, chodniki pamiętają przechodniów, mury sylwetki
pomniki ożywają i odpowiadają na pytania a zarażone złożonością ptaki srają w latrynach
rośniesz w prędkości i zapominasz o złych scenariuszach, puch przewidywalności
elektrody obdarowują nas resztą, komputery światłowe mówią jak skoczyć w nadświetlną
niebanalne wytrącenia z równowagi, figlarne naruszenia porządku, brak kosmologicznych stałych
obce oświeca - bo nie rozumiesz, przez idiomy rodzisz się powtórnie
rozwiń mnie, rozłóż na stole, dodaj kilka warstw do tortu i wtłocz całą słodycz
kluczowe jest zagubienie i jego lubienie, wracanie do ujarzmiania nieoznaczonych struktur
katarynki futurologiczne zagrają nam ścieżki, ogarniemy prawdopodobne tło siorpiąc zajadle
bzdurzyć uważnie, kreować rozrzutnie, medytować niemal niedyskretnie, świętować wiecznie
rozciągnijmy interwały jak ciasto, porwijmy struny, przeżujmy tkaniny zwierciadeł
rozdęta sieć znaków zmierzy nieznanymi instrumentami nieznane niewyobrażalne normalności
przypadek oświeca - bo mutujesz system, zamieniasz popapranie na rozdrapanie
losowo lecz czule uwzględnię nieobliczalne, zaparzę zioła i wypróżnię pękate sakwy
pożycz zabawki, z twoich klocków zbuduję organizm, taki, co nie jest na nic
nie zmieniaj mojej próżni fluktuacji, zaburzonej symetrii, zwichrowania zdroworozsądkowego
pustka patrzy oczami wszystkiego, przenicowane nocniki szkalują mieszaniny frasobliwe
inne oświeca - bo jest tym co żresz, planktonem dobrobytu, elektrownią plazmową
uwaga klei się precyzyjnie lotnie do przypisów nadbudowy, narośli wieloznacznych irrelewantnych
wystawiony na twoje promieniowanie nowotworzę w pogo amoku rozgardiasz niewybaczalny
pokaż hodowle, grządki, szklarnie, szalkę Petriego, splądruję twoją historię na cześć niczego
tfu! świadomości, niegrzecznie wygenerowane farfocle penetrują podstawowe elementy
obcy to święci - bo profanują indyferentyzmem, samowystarczalnością w zależności
25.4.16

a najbardziej herbata

pierdololo kąsa poniżająco, rozstrajająco w przybytkach za sprawą
dodatkowej bruzdy w czołowym płacie, którą niesubtelnie wyorałaś
zasiana, żyzna bruzda rzyga ślamazarnymi strączkami konstruktów
zewnętrze katastroflane choć często już nie wiem czy nie wolę bałaganu
chwiejnych tymczasowości, bieżących komórkowych rozbryzgów
bo mam algorytm, sito na diamenty i przenośny bio-powielacz
się spłaszcza samo w zasadzie kiedy ginę pod lawinami infoholicznymi
uzmysłowiłem sobie dochodzenia - nauka rżnięciem, stękają syntezy, unoszą metody
czołgam się nieciągle w śluzie, przebijam przez podziałki, wlewam w woksele
jak pneumatyczny robo-czarodziej immunologicznie kreatywny, pasywnie czuły
myśli rozrywkowe rozpizdrzają grafenowe naddatki, interfejsy niewidzialne
się kołaczesz w wilgotnym tle, surowe mięso obrasta mgłą, orbami, szramami
sieć indry nie rozpuszcza się bo patrzysz, kiedy mrugasz znika cyrk, budzisz się w nowym
chciałem być poważny, szlajać się po wszechrzeczy wyłuskując wzory
ale łaskoczesz, wyciskasz ostatnie złudzenia, zdrapujesz hologramy kiedy
antyrzeczywistość błogo zarysowuje szronem strumień osaczając naoczność wdziękiem
wszechświat powstał w wyniku gang bangu, jakby pękła żarówka
jak każdy dołers lubisz moją manię jednobiegunową, monomanię kognitywno-otworkową
znajomi zawodowo utrapieni, sportowo zdołowani, w czarnowidztwie certyfikowani
zwykle trafiałem za pierwszym razem papierkiem do kosza na śmieci
galaretka lęków, nalewka wzruszeń, puszka wizji, plantacja ucieczek
coraz dłuższa droga do wniosków, zakażony feromonalnie, poszlakami zwabiony
potrzebujesz wyznawców a ja nie mogę już chorować na ludzi
czekam aż ktoś za mnie przekręci gałkę, przestawi zwrotnicę, obali dyktaturę
ostre wglądy rozbryzgują się jak flesz a potem zapominam, że już to opisałem
chciałbym wytwarzać insektycydy, witaminy, antykancerogeny, kosmiczne polimery
do galimatiasów przywiązuję się po żulersku nic nie oznaczasz bez siana znaków
interesują mnie komiczne modele i ich implementacje a najbardziej herbata
2.2.16

...krusząc gąbkę snapshotu świadomości wleczesz ekspandujące krańce architektury
wszędzie zawsze patrzą gramatyki zastygając w domyśle jakby było czymś wszystko
połykasz afordancje abstraktów kołczując luzogennie obliczające się pustki
ciągłe nasycanie pamiętliwym poruszeniem synchronicznego energowzmacniacza
zagęszczony koncentrat z macierzystej szatanki upaja lunatycznych modelarzy
zderzacz zamiast zderzaka odkrywa w szale rozedrgany splot warkoczy wymiarów
konsolidowanie utopijnych teorii klejem pyłu nieuniknionej tymczasowości
wilgotnieją atmosfery egzotycznych egzoplanet szyja tęsknie drży kiedy dżdży
zasysanie rozkoszy dzielnych dni wrażliwego puchu skumulowanej informacji
lekarstwo uważności nakłuwa chędożone smutki rozrywając iluzoryczność ran
ograniczające znaczenia skończonych definicji na wysypisku mglistych uogólnień
zintegrowane dane rześko wyobrażą nas sobie w najlepszym możliwym myślokształcie...
23.10.15

Szmaragdowy Melchiorze nie wypróżniaj się w kawiorze!

szmaragdowy melchior radośnie spuszczał się w kawior
od maleńkiego lubił dewiacyjną ekspresję ego
sikał do soku tak, że nie widać było tego z boku
pluł do kawki i herbatki przy czym trudno jest o wpadki
nietrudno wetrzeć gluta w wędzonego halibuta
danie z uszu wydzieliną nazywał panierowaną jagnięciną
cięższą szkodę sprawiał gdy w sałatkę puścił pawia
lub gdy walił obfitą kupę w nieprzeźroczystą zupę
kał mieszał z mielonymi również nieprzeźroczostymi
ejakulował do majonezu tak, że nie poznałby się Heraklit z Efezu
pot wcierał w placki tak daleko sięgały jego dewiacyjne macki
liczyłbyś na karę człowiecze lecz kto dostrzeże drobne ciecze?
posiekane ekskrementy łatwo wkomponować w jadłospisu elementy
no i kto dopuści się do kłótni kiedy jesteś szanowanym szefem kuchni?
21.9.15

zwolnij

zwalcuj się placusznie trudnosłowem redundantnym ze związkami luźnemi
zwolniłem szyfrując ekshibicjonic totalny raport ze stanu nie-świadomości
wieczny flashback formalność psychotyczne hackowanie rodzenie wyrywanie kłącz
machlojki nic wprost wszystko rykoszetem nie obadasz trajektorii
zdeformowany system reakcją na dotkliwą prostotę tęsknego trwania
przepoczwarność charata brak krawędzi oporu kształtu treści map
przyszedł rozkaz instrukcja musisz już iść żeby przeżyć
lubisz byt jak nikt reszta tylko udaje intencje
kiedy tancerz śpiewa drzewa płaczą ryby toną nagle
jesteś najwyższą instancją frywolnym instrumentarium bez wolnej woli
na kursie masakrowania poniżania oceniania miałaś same celujące
od księdza profesora dyrektora mentora dostawałaś same pochwały
nieotulne pustałki prześlizgłe w pokonceptualnych śluzach drżą cichujko
najgorszymi spośród urojonych królestw są te zwane biznesami
twoją miłość nagrał lęk bezpieczeństwo przezwyciężyło ryzykowne fascynacje

pierwiastków ciepłe kupki najulubieńsze są zlepkami niewymownie kosztownymi
ty walczysz a ja mam plan: 1 relaks
2 coś przyjemnego 3 coś ciekawego 4 odpoczynek
elewacja racjonalizacji jak pończocha naciągnięta na chaos miasta
goń sens bez trzymanki kutas światłowodu od spodu
twój chłopak nosi garnitur nawet przy 40-stu celcjuszach
prawie jak religia ale ona nosi wtedy sweter
nie używa dezodorantu poza tym się nie goli
afektywnie dewastujesz nieskazitelną bezpośredniość jak śnięte mięczaki chodniki
tabloidem pornografią glamour marki splendorzyzną jałową smarujesz wszechdzicz
patrzysz na biednych sromych chorych patoli zmutowanych zaniedbanych
i mówisz pajacy wśród błaznów i klałnów cyrkowych
stłoczenie materiału bodźcowego przy dużej rozdzielczości wrażeń niesensorycznych
oficjalnie chodzi o urbanistyczną utopię rozumowych idealnych modeli
profesjonalny dystans to sztywny lunch w sprawie pieniędzy

wyczaruj omamkową halucynacyjną alternatywę z pyk baniek tęczowych
sprytnie trawisz szczególnie pedantycznie zdyscyplinowałaś ego gorączką wścibskości
zawsze masz guru źródło niepodważalnego nieoczywiste rządzi bezkrytycznie
lubisz człowieczkowatość pyszałkowatą wdzięk pewności hochsztaplerskich muz wymyślanych
bardzo cię podnieca kiedy on wykonuje ruchy korporacyjne
porywająca bujda ekstrapolowanie morowe anegdotki inteligibilne słowotoki idiomatyczne
surfują na krawędzi ust skąpanych w owocowym koktajlu
patrz w ścianę bo normalność to globalna pomyłka
rżnij swój niepowtarzalny umysł we wszystkich pozycjach przekrojach
brzęk napiwka napina uwagę rozszczepioną przez łzawy pot
spandrele pop mat analiz przekłamany schemat statystyk prawdopodobieństw
nadmiarowość cen okrada wszystkich stojących w niekoskończonej kolejce
spal dobrostan roztrzaskaj zapomnij zaprzecz ucieknij w kwasowość
jeszcze tylko kilkadziesiąt egzaminów do elitarnego stanu niewiedzy
w policzalnym wszechświecie nie potrafisz ogarnąć swej potencjalności

szpilki wyklaszczą marsz gustownie zaprezentujesz biurokratyczną wzorową kliszę
odtrąbiono proces sprzedano bubel zrekrutowano trolla nakarmiono psychopatologię
udziałowcy spuszczają się na laptopa prezesa wcierąjc nasienie
botoks wstrzyknięty w żelbeton po czasie martwej linii
bez premii padaczka excella niewydajnie potrwa milion godzin
jesteś gwiazdą napisano ci scenariusz zanim się urodziłaś
zdeformuj rozpuszczalnikiem kreatywnego lenistwa obozową rutynę koniecznej służby
schizophrenic serendipity pozwala zabawnie się miotać po zakamarkach
nie daj się dmuchać robić w końskie bambuko
bezpłatny staż proces rekrutacji wspinanie się po drabinie
będą trwały całe twoje życie koniecznie bez końca
stwórz naturę swojego umysłu zrób ją taką przepastną
bez zatrzasków żeby takość dojszła w szczeliny katastrofalne
wolisz w piąteczek rzucać się w krzewy cierniste
nago bo to światowy dzień tego tamtego owego

a wirtualne cząstki tańczą breakdance i tango jednocześnie
super bohater człowiek-człowiek tak się zmęczył wstawaniem
że musiał z powrotem iść spaść w przepaść
twoi niewolnicy mają takie akcje że są pany
rozumieją rządzą mają pewność wiedzą jak rzucać kości
gdy rotowałem cię sentymentalnie dalej byłaś w pracy
zmęczony jestem facetko ciągle dziamgasz o przyszłej wojnie
przed bombą atomową schowasz się za jego plecami
bezsenność zwalczysz red bullem i konfabulujesz pokracznie samsarycznie
oficjalnie natrętnie poświęcasz się pod kontrolą ładu kalendarza
idiosynkratycznie gardzisz innymi jak kaloriami laktozą lub glutenem
empatia uśpiona gdy wszyscy pokaleczeni lepiej nie czuć
twój chłopak zabija najładniej taka jest powszechna opinia
wiara w teatr pozwoli wybrać go na prezydenta
dyktatora burmistrza szefa rzeźnika czipendejla habilitowanego hejtera stosowanego

ulica donosi ciepłe wieści nagłe zniknięcie niewidzialnego balona
przebudzenie niemożliwe to matrioszka snów jak bagno pomyleń
różowy kisiel masturbujący się warzywami i rozmaitą zieleniną
poprzecinał złomem zasypane wiórkami kokosowymi pączki z baniek
przyglądasz się mięsu obgryzasz paznokcie i mówisz mi
wariacie zwariowany głupolu zgłupiony świrze ześwirowany bzikolu spetryfikowany
jesteś innymi ich prażącymi się myślami o zagrożeniach
umrzyj w nierealności przecierając kolejne warstwy bielmowej reklamy
ten nylon wadliwy pozwala zobaczyć jedynie bajkowy piknik
proszę wyjąść magiczne pałeczki i okładaść się wzajemnie
do utraty przytomności do krwiorzygu bulwersacji łącznotkankowej degradacji
pierdol self improvement biznes nie miej żadnych ambicji
złowróżbną czarną światłość okryj zespołem leniwego ciała stałego
zgodnie z orzeczeniem nadsądu bogobojnym patriotom wolno najwięcej
becik wolnego rynku pozwala mu kopać leżącego lebiega

zainfekuj innością żłobek firmy bezsilnie powal nudę akrobacją
uwielbiam kiedy sąsiadka z góry wybucha histerycznym śmiechem
mam wtedy wrażenie że czyta mi w myślach
spuszczam do ciebie oko na żyłce z bazaru
ty mi nie spuszczasz jesteś nieczuła jak ser
a ja mam styl lubię buraki podczas gdy
panuje bezlitosna moda na same ziemniaki z kefirem
i niczym do tego bez szaleństw się męczę
wierzysz w dobrobyt wierzysz we wzrost w dług
moja wina twoja bardzo wielka torba bez dna
zapach mięsa i smak krwi dobrze wróżą świętym
bachorom zarodkom duszyczkom pustkom rachunkom kontom sejfom bankom
pustka jest najlepsza dlatego nieważne że nie zapłaciłaś
troglodyta taki w słowie i czynie jakby sprał
tak ładnie się emocjonuje znaczy że mu zależy

wyrzygaj historię legendy miejskie mity prawa przykazania baśnie
bo i tak zrobią swoje w imię widzimisiów
myślą za ciebie anonimowi tytani kakofonicznych równoległych multiwersów
bardzo się starasz niestety dalej jesteś normalną księżniczką
a kula pieszczotliwie toczy się po torusach precla
wyczarowujesz nieprawdy bolesne zakrywając okrutne ciśnienie codzienności
zawodzi niestabilność kiedy wszystko nastrojone jest na konkret
kotek przejechany przez ferrari zasuszony wtopiony w asfalt
ilość znaków przekłada się na dochód dlatego zleciłaś
swoją magisterkę trzem szczupłym ludziom z maszynami piszącymi
albo nie piszczącymi bo pisali ręcznie dla poznaki
gryziesz się w język jesteś zniewolona obywatelskimi relacjami
nie mówisz nic nie piszesz nie ma nic
klałni zgęstek mózgu zamknięty zrób zdjęcie tego momentu
naśpałem się sfyszajnościo i cosiennościo mogę malować pustynne pejzaże

15.8.15


zmiędlone odpały to już doliny stoczeń
odlatuj w inne nie pieszcząc mielizny
pozazmysłowe percepcje wyszarpią infodeformacje
rejestrujesz nie wiedząc kodujesz nie będąc relacjonujesz nie mówiąc
pomylone teraz przeciągle dotyka bujnością zatraceń
relacje się kwasi fale perturbuje nie wierząc nikomu
nikczemne zero faz nasącz gestością fermentujących struktur
tnij bity prażonych widm scalając się w niedosyt
multirealnie modalny rozpadasz się niezaobserwowany
wylosowano bycie nieciągłe nacięcie papki
emergentnie forsuje się minimum lekkiego zoo
konkretność izolacji pączkuje w ciepłe kiści multipól
toruj trasę paradnym krokiem bez równania do szeregu
są sposoby w googleplexach wersji ah tak i na wspak
27.7.15

inflacja umysłu

potłuczony fiś z kryształowej miazgi
jak chałwa z kevlaru ścierająca konserwę
kategoryczne turbulencje pól mieszanych
drzazgi niczym szklanej waty w twoich ślepiach
dostrajanie widm puszczonych w dym
miałkość zmasakrowanych serc kulejących
zaścielone przepaści w topieli czekania
zastraszone fale konstruktywnie ciążą
wytrącony wektor kiśnie w bańkach
pysznie zagryź wszelkie parametry
racz denne gatunki swą nazwą
iść musisz w poślizg rozchmurzony
obejmując ilości skupione w zaprzęgi
patataj la la la w to mi graj
szpec potulny majaczy makulaturą pytań
surówkę słów skompresuj w znak nie tak
inflacja umysłu poprzecinana golizną...
10.7.15

Przebudzony handluje koanami w hotelu Hilberta
jak świadek jehowy czy inny trudny typ.
Jeśli ktoś to kupi stać go będzie na pokój.
Nieskończona ilość gości przejdzie o jeden pokój dalej
robiąc mu miejsce i będzie mógł w końcu zasnąć.
7.6.15

niezobowiązujący rewers ciała celującego w ogólność potyka się o cienie
przenika stagnacja jak anihilacja a ty pleciesz swój sweter z przeszłostek
wkręcić się w cudzy los to przyszycie przeszyć jak fantom pomroczny
kolejne kółko spojrzeń na podwórko bez rozpruć nie ma przeplotów
stopiony strumień ulewa się w spokój toczy w pewnik rzęsisty
dobry szwarc charakter dotyka sedna w linii prostej bez zająknięć
plastyczne gibony przeskoczą w warkoczu aksonowe ciągi
ale zawsze są drogi krótsze i prostsze proste loty lżejsze niż foton
tak ładnie nicujesz w systematycznych dystansach w drganiu krtani
szacujesz szacownie świadomie wolnościując przelotność tkania
12.5.15

spleceni rozwiązaną sznurówką
skołtunioną w gordyjską wiosnę
awokado ciała okryte lumpexem
kruszy pstrokate resztki planów
kołtun doraźnych rozwikłań
nieprzełykalnie staje nam w gardle
pistacjowy słownik z cudzesów
odbijasz zęby na szyi
gdy wspomnieć o uczuciach
trumienne laczki na bosych stopach
kto by myślał o żeglarskich węzłach
21.3.15

płowieje wietrzeje
proste wryte w bruzdy skoszone
prostopadłymi niedopatrzeniami zwiędłego światła
poszarpane to pozorami domknięć
ujęć kruszyn wszech miar
rosa oblepiła cały kurz smarując wzruszoną gawiedź
opierzoną smołą wstawionych flegmatyków
w aśramie spocona pierś otarła się o twarz
przypominając jakie to proste
dotknięcie wyjaśniło
że umierasz i oczekujesz rekompensaty
każdy element śnił mokre sny o pełni
choć patrzyło to samo na to samo
maszyna grała elektro tło
w tej idealnej symulacji teorii wszystkiego
moc poruszyła tym równaniem
lecz wietrzeje w krokach
to samo wciska się w rozwarstwienia
i wypełnia pofalowania
bliki paprochów opisują
czego nie da się mieć
31.1.15

kleistość odstępu spękanych od spacerów słońc
języki przecieków przeplatają chrust zimy paletą oczojebnych przemyśleń
ukłuć skupionych w korelaty palące zastygającą transmisją
to się utrwala w przeplocie chaszczów świetlistej włóczki i wilgoci nocy
strząsasz popiół w cement a elektrody wmasowujesz w przewiercone skronie
trochę inne przetrawienia nawarstwień spenetrowanych wglądem
radiator czaszki wyparowuje niedopieszczenie wśród żałobnych blokowisk
ta osoba wciska rozsadzające pamięć ponętne grzebyki odbić
cząstki zlepione w promieniste wachlarze zliczają swe ślady
nie skaleczysz zaszumionej chmury i nie wskażesz jej palcem
konkretem są te momenty nieskruszonych zbiorów
20.1.15

dziś jestem nudny jak budyń bez dżemu, na pustyni, przy murze ciągnącym się kilometrami
a to wszystko w akompaniamencie wykładu o biurwach administracyjnych za dyktatury kreatury
jak msza ku czci kata, jak uzasadnienie majaczeń, jak figuratywna orgia zdradzieckiego gwałtu
jak świadomie kiełkujące, samopowielające się kłamstwo grafomana
jak przeciwieństwo mojego zazen, jak przypadek pod niebiosa wychwalony,
jak ciąg katastrof nieobliczalnych, jak liczenie smutków,
jak rekrutacja ministra zlepionego z nieomylnych póz
i rezygnacja stetryczałego kardynała biorącego na litość trzódkę wyciskającą ostatnie biedne grosze
jak powtórzenie tego, co wiedziałaś zanim nawet o tym pomyślałaś taś taś
wszystkie kieszenie mam już dziurawe od poszukiwań
niemal zniknąłem od obmyć
niemal zabiłem o lustro
jak dobrze, że...
18.12.14

aspekty uniesień

jesteś formą ekstremalną rozpadającą się w tłumie na wielość spojrzeń mówiącą sobie tak
mixuj sie bierz eksploruj torty i mięsa przystawki i zastawki, przyssawki bez czkawki z cewki
ogarnij się słowotokiem pogranicznym bez rozleniwionej osobowości
naoliw się maścią bez zapaści ignoruj przepaści w koneksji czasoprzestrzennej
implozyjnie superpozycyjnie indukcyjnie coach punch entuzjastycznie spięty
tanie branie czarowanie w przemocy wyboru bez ości, nigdy więcej ości
perfekcyjne niedopasowanie w tarciu roztarciu starciu wyparciu
posttraumatycznie zaniechany zaniedbany w czuciu po co to po co to
pochowano cię na świeckim cmentarzu kiedy myśl ci uciekła broczyłeś w rozproszenej świadomości
ść ść psst grrrr hmmm ah flop histerical loop automatic out of
zakaziłeś sie lękiem w tłumie zaraziłeś się smutkiem w tym mieście w tych zakamarkach
zreflektowałeś się w cudzym spojrzeniu introspekcyjnie giń w świetle rozmyj w brak
zmasakruj to na trzeźwo kostałkiem zniszczałkiem twardością hardością strzelistą pyszną ą
hamuj panuj ssij koniczynki ham fun gość jego mość hah zabijaj nieśmiałością
jak usłyszysz prawdziwą historię spadniesz z krzesła owiniesz się w funkcjonalnej pętli na przekór
to piękniejsze jest i bardziej przerażające niż pszczółko żądlenie z kwiatka na kwiat wsad
i ich wzajemne kąsanie koszenie niszczenie zgliszczenie zmasowanie masażu w sabotażu kleszczącym wirażu
ludzie dobrzy ale system zły otyły spowolniony w nieuświadomieniu lekarstw uważności wyuszczonych w chwilach precyzyjnego cięcia prosektoryjnego
konglomerat umierań chemicznych sponiewierań zawłaszczonych przez zmianę
pakuj ślizgałki z gałek krętałek szukaj wstążek wal pieniążek pszeeeestszeń pszeeeeeesszeń okraszona
energią synergią harmonnnnniczną ą patentem odmętem firmamentem dusznym, pustym
strzelaj sosem na wszystkie strony bądź zbawiony gdzieś jest odpowiedź wiedźm
jesteś rzeczą duchy nie zaprzeczą milszą ciecze holistycznie kurtuazyjnie bez okryć seria odkryć
jeśli się nie dowiesz życie cię zmiażdży sierścią pomyleń przemocowych jak to ma w zwyczaju
animusz tusz tuż kafejka w brzdękach kolec spajkowy wychylony bezgranicznie pamiętliwie
system zrzeszonej ignorancji w odebranej szansie w stresorze reduktorze ocen
gaśnięcie ma wymiar niezmienności ślepo sztywności bez echowej nie mutującej
splątanie potencjalności jest miejscem bezkrytycznie waginalnym zajefajnie łechtalnym
wiedz,że musisz wiedzieć bo umrzesz zmolestuj się krzywdą faktów i zabliźnij w pewność testu
motywuj się w mus owocowy bałagan odlotowy niepechowy pachowy raczej pacz
hyp pfff uf aj grrrr bloom plum prefrontal cortex virtual cortex web void point
przeklej spojrzenie w funkcjonalne wglądy w zawiesiste prądy niech szperają w geometriach
chciałeś badać badaj odlatywałeś w czary czaruj szaruj komponuj obłędnie lajkuj lajkerze markerze
odkryj w sobie zwierzę leśny ludku, odkryj zmultiplikowany wgląd w załamaniu istotą
i nie przepraszaj za grzech bycia człowiekiem lub kup apostazję na jamajce w niespodziance
a teraz pójdziesz spać i o wszystkim grzecznie zapomnisz
podpisano Wasyl Mięśniowy
17.11.14

obudziłem się w krwawicy wzruszeń z betonowymi włosami
a Ty serwowałaś kawior prosto z gruszki
łoł, sama nie biorąc nawet kęsa
z miednicą wydrążoną w osłupienie
mościłaś sobie skręty bez żalu
nic mi się dziś nie nakłada
bo patrzę w maślane oczy wsmarowane w świeżyznę
pstrokata dziecinność mroku osłabiła kończyny
we florencji mają pewnie mnóstwo fajnych wyprzedaży
spódnica odsłaniała komiksowe bohaterstwo na placu defilad
a ja płakałem z podniecenia
gdzież te zapadki kulturowe produkują?
po co nam środki transportu jak mamy się?
rodziny fraktalne jak praskie żule kwitną
i nic nie gra roli dobitniej
gdy musztra w doskoku do kroku
a potem wracasz w zaświaty połamanego czkania
w bajki przepastnej inności
8.8.14

urwisko wyrwało mnie
z płaskiego błogostanu
myślałem, że szczyt jest pusty
a jednak upadek kogoś zabolał
całe szczęście przestrzeń
nic nie robi sobie z trudnych relacji
28.4.14

schizoterapia (pseudowiersz bez literówek)

schizoterapeuta nie pracuje 24h na dobę
kiedy do niego przyjdziesz i powiesz, że masz problem
ucieknie krzycząc żeś zidiociał, zacznie stroić swawolne miny i robić nietuzinkowe gesty, pleść dyrdymały
powie jakiś wiersz i będzie klaskał wtedy kiedy cała sala powinna milczeć w zadumie
lub zrobi coś z dupy fantastycznego ale innego
bo kontrola i porządek nie mają skutków schizoterapeutycznych
a jeśli już go dopadniesz jako ofiara własnych myśli
schizoterapeuta nie zapyta jak się czujesz
i w ogóle chuj go obchodzisz
bo wie, że ego ma wielkość prącia wszechświata
i tego nie można podrażniać bo urośnie i zgłupieje
schizoterapeuta opowiada słabe dowcipy
dla zmyłki
bo wie, że normalność myśli że zna wszystkie odpowiedzi
wszystko możesz powiedzieć schizoterapeucie
wtedy on opowie Ci swoją historię
i w porównaniu z jego historią twoja wyda Ci się bez puenty, sensu i spójności
wyda Ci się nudna, niewarta uwagi, niezabawna i nieliteracka
ze słabym narratorem i beznadziejnymi bohaterami, których chętnie byś
ominął wzrokiem
drogi normoholiku
idąc po toster na kiermasz w Słupsku na przykład
dlatego szybko przestanie chcieć Ci się gadać i wyjdziesz
rzucając zmięty banknot studolarowy na stoliko-kozetko-biurko czy inny terapeutyczny mebel
a jeśli nie to
schizoterapeuta poleci Ci jakiś film i zapomni o całym wydarzeniu
albo dla jaj powie Ci, że twój wywód był przerażająco nielogiczny
i czeka Cię teraz 20 lat terapii dzień w dzień jeśli nie
farmakologia i elektrowstrząsy, które nie wiadomo czy przyniosą poprawę
normalność myśli tylko o tym co myślą inni i boi się braku akceptacji
dlatego schizoteraputa od razu faszeruje gilgotynową bagatelizacją
troszcząc się raczej o twój stolec aniżeli słowa
bo z reguły udaje że brytyjski żart raczej w klimacie Benny Hilla choć to kolejna
zasłona, miraż, maja lub inna sraka
możesz mu powiedzieć cokolwiek i to będzie dla niego równie nieistotne co
jego sny sprzed paru sekund
bo właściwie budzi się kiedy zaczynasz mielić tym swoim kulfonistycznym ozorem
schizoterapeuta nigdy nie prosi o pieniądze bo żywi się śmiechciami i artbuzami
schizoterapeuta sprawia wrażenie, że jesteś nieważny
choć wie, że jest ważny dla kogoś kiedyś
w odróżnieniu od idoli psychoterapeutycznych
schizoterapeuta nigdy nie nosi brody
chyba że w kieszeni lub zdejmuje ją w trakcie sesji by pozbyć cię złudzeń
zresztą zdejmuje wszystkie atrybuty żeby nie udawać aktora
którym nie jest jak bobo
okulary zwykle miażdży sobie na czole
gdy powiesz coś wyjątkowo przygnębiającego
co odwraca twoją uwagę od twoich wymyślonych problemów
normalność jest dumna i honorowa
co po schizoterapii nie ma znaczenia
normalność musi w coś wierzyć
a schizoterapia wyzbywa cię balastu autorytarnych autorytetów
i świętych pokazuje w porno wychodkach
trawestuje ich i wyciąga kompromitujące cytaty
twój wewnętrzny głos zamienia on z karząco krytycznego
na rażąco karykaturalnie niesłyszalny
bo wie że normalność ubóstwia sporność i słowo nie
dlatego schizoterapeuta zawsze przytakuje i się zgadza
bo nigdy cię nie słucha
normalność musi być najlepsza a Ty chcesz być zwycięzcą
dlatego schizterapeuta przekaże ci pseudofajkę i każe pykać
pseudokółka a najpewniej każe Ci zająć swoje miejsce
i z całkowitą powagą będzie Cię przedrzeźniał
-oooo jaką jestem pokraką, jaka jestem gruba, nieudaczna, nie mam przyjaciół,
wszystko źleeeee… oh oh oh
Ci poprzestawia i pobałagani bardziej generalnie
schizoterapeuta zawsze mówi pierwszą rzecz która mu się nasunie
nawet jeśli nie ma to związku z tym o czym opowiadasz
bo wie że normals lub na niego kandydat i tak odniesie to do siebie
w jakimś urojonym porządku
w końcu wszystko co wymaga terapii to to
że jesteś w spiralnym środku miejskiego gąszczu plotek
i rodzinnych spekulacji, obserwują cię i myślą o tobie sąsiedzi, prawda?
biszkopty i cukrowe słoniki, parasolki porcelanowe i cykady katarynkowe
schizoterapeuta w trakcie twojej wizyty
bezpardonowo robi sobie manicure lub czyści otwory
i ignoruje twoje na to oburzenie pytając
- wiesz ile ja pojebów dziennie przyjmuję? kiedy ja mam to zrobić? zastanów się policz sobie….
kilka tuzinów nieogarniętych balasów na dzień i wierzą że im pomogę jakoś...
nachodzą mnie te pokraki i się podrapać w odwłok nie można spokojnie
schizoterapeuta ma cię zbić
z pantałyku i zgubić twój trop
żeby nieklient, niepacjent nie przychodził do niego częściej
schizoterapeuta przerywa spotkanie w najmniej oczekiwanym momencie
np zanim wypowiesz pierwsze zdanie
albo złośliwie po czterech godzinach
twojego rozpaczliwego słowotoku, który przerywał zdawkowym
- proszę kontynuować
lub teraz
24.4.14

umarłem w twoim wierszu po tym
jak znowu obsrałem Cię sobą
gówno, chuj, dupa, cipa
jestem samotnym mięsem
martwym mięsem
z mięsnego
i Pani Stasia
bierze to
i kroi
29.3.14

spalanie zaczynasz od rozproszenia w sygnałach
nie przeszkadzasz im płynąć w pląsawiczku
i szeleszczące zatory znikają z odpływem
i wracają już mniejsze
kiedy chłoniesz nic nie narzucając, nie kontrolując
ciurkiem wyparujesz pozostając jako przetwornik
chłód zamieni się w pokojową
pulsowanie i drganie w lekkie pofalowanie
odprężenie ustabilizuje się w nieobecności
przestanie cokolwiek ssać
i tak ma być
popiół wcierasz w uwagę
by trzeszczący wiór zgliszczy
zwałkować w ciszę, w teraz kliszę
nic nie muszę - mamrocz i liż światło
5.3.14

uwaga!
w dzienniczku fortele!
chcesz mnie sączyć jak łajno?
fajno! - powiedział cieśla
zasysając fortepian
w sakwy stolconogiego łyżwiarza
korsarzu stolcowy!
maślanki rzygawawe
pierniki malkontentne
koszałki w fortecach
masz li ty placek babonie?
weź go w dłonie!
weź go w dłonie!
27.2.14

ekskluzywny problem

mam pewien psycho trop
w jakim byłem stanie jak nie odpowiedziałem na pytanie?
nie lecz mnie a ja nie będe leczył Ciebie
możesz utonąć w tym rozproszeniu błogostannym
jak by to było się rozpaść? przez lek...
i złożyć i rozpaść i złożyć i złożyć i rozpaść
nie zbierać, zapomnieć, olać, zmilczeć
siebie
im częściej umierasz tym lepiej
psychologu - zły dotyk boli całe życie
nigdy mnie już nie dotykaj
albo weź se dwie tony amfy na raz
na raz! może coś zatrybi
i jeszcze więcej chemii
i jeszcze więcej
i jeszcze więcej
i jeszcze więcej
co Cię nie zabije to cię wzmocni
odstawisz to umrzesz
zastraszę Cię, was psychole
jakby to było gdybyś powiedział prawdę
i dostałbyś na to leki
jakby to było gdybyś nic nie powiedział
i dostałbyś na to leki
nazwa w głowie dla religijnego konsumenta
to mantro trwały wdruk w ciało pało
wyjdź z roli bo czeka cię wieczny ban
jesli mówisz mi to, co chcę usłyszeć
jeśli dajesz drabinę
jeśli stawiasz pytanie na które znasz odpowiedź
to uczysz mnie - kłamać
zrzuć biały strój - nie bądź chuj
powiedz - nie wiem
nie masz wzoru tylko jego brak
skąd wiesz kim nie będziesz 
skoro nigdy się nie rozpadłeś?
elektro święty pląsawiczku
nigdy nie zrozumiesz jak to jest być zabitym
śmoco terapeutyczny penetrator macha łaską
pomyliłeś się
czy kiedykolwiek pomyliłeś się terapeuto?
czy wiesz co to błąd?
maszeruj za paszą do koryta
nad głodnym nikczemnym nikim
nie odwołuj się do słów
możesz tak leżeć i nigdy nie wstać
rzeczywsitość zaopiekuje się sobą
możesz śnić całe życie
jedyna boska kara to gniew ludu na ludzie
boskiego ludu na boskim ludu
bożoludu lu lu boż
psycho psychoterapia
nie płać za przyjaciół
mów prawdę szczurwiłko
załóźmy… w tym mieście...
biuro pęknięcia świata
i skonsumujmy to szaleństwo razem
ale beze mnie
srolska srałko szczałko szach mać cicho wodo z kiślu yh!
alonso vaginas zdehumanizował perfumę
dzieci mumio nie wstydzą się niczego
rzuć tą jebaną namiastkę wolności
wyrzuć ten wrzód w niespowiedzi
i żuj flaczki, żuj prezenty od obłakanego mikołaja
bo widzisz wszędzie są wrogi
niedopoleczenia na czółku
rżnij z gumą z dumą
synu zjedz pierogi
krule i ciule
mizocipki i młodzieżofoby
schizociecie i demencyjne
parkinsonowo upośledzone pokraki
ze skarbem litości nad dysproporcją
twój inny
chorzy lekarze
control freaki lęku absolutnej samotności
starszyzna musi dystrybuować dobra
zaopiekuje się sobą lis
zaopiekuje szczur
jesli boisz się co się ze mną stanie
to znaczy że uwierzyłeś w swoj sen
postneoawangardowy anty postmodernistyczny pchlarzu
i maniacy rewolucji, których za niezależność czeka zemsta programistów
kupiłeś ziemniaki?
wyniosłeś śmieci?
sprzedałeś butelki?
zmasturbowałeś do lustra?
jaki masz model zakałapućkania drogi arcimboldo?
pamiętasz smród bezdomnego?
sprzedaj mi siebie w swojej dharmie
kupię cię za wyobraźnię
daj mi dopalacza bidoku bo nie nadanżam
czy ty też nie ogarniasz człowieczkowatości?
cały wszechświat przeciwko Tobie
no ja pierdole
tul się sobą czule mule
stać Cię na więcej
w pustce bezkres
ja już nigdy
nie dokona wyboru
władza w twojej śmierci
teraz mam Cię za dealera
uzależniłem się od Ciebie
za sprawą lęku który mi wmówiłeś
jestem obywatelem wszechświatów
pierdolę wielkich bratów

i zastanów się tak po ludzku
czy to mowa nienawiści?
19.2.14

zanim otworzysz usta
wiedz
że kompletnie nie interesuje mnie
co o mnie myślisz
no chyba, że jesteś lekarzem
a ty go tylko udajesz
- Prawda, panie Jones?
lepiej porozmawiajmy o pogodzie
3.2.14

niewymierne pierdolonko tępą mierzeją
ciosane lustrzanie we wrzosie pstrokatym
ustało kiedy zorza fiknęła w zenit
ustrój zamarł w księżycowych krzewinkach
24.1.14

platonicy i schizofrenicy
ucztują
obżerają się kamieniami
pierwsi myślą, że to ciastka
drudzy, że gówno
15.1.14

drażnienie cichca

kulfonie sromotny
(hehe kulfon sromotny to mi się udało)
pod kołdrą też Cię dorwą
(widziałem Cię tam więc się tyczy. puszczałaś komuś oko. spoko.)
nasze dziecinne problemy
(choć my nie jesteśmy dziećmi)
i wcale nie znikniesz
(a może Ty akurat znikniesz?)
nasze prościzny i pseudozagadki
nasze dzienniki, nasze upośledzenia
(wyjaśnienia mamy koliste)
na które masz metody, które nie są milczącym cięciem
(bo zmilczanie masz opracowane do perfekcji ale to nam nic nie wyjaśnia i budzi odruch chowania się pod kołdrą)
metody których nie możemy pojąć
(bo nie raczyłaś wyjaśnić nic)
gaśniesz
(gaśniesz, nie ma Cię - ale tylko dla nas)
choć każda informacja jest cenna
(jak z Marsa, jak z kosmosu, kumasz?)
wiesz jak nadać kształt naszemu płaskiemu światu
(to my płaszczaki do Ciebie nadajemy chcąc się uwypuklić holograficznie sprężyście. transmisja prosto z ekranu papieru 2D)
a chowasz się za zmarszczkami praktycznych celów
(udajesz normalną)
i to nie chodzi o przetrwanie
(wszystko przecież masz)
tylko o
szaleństwo
szaleństwo
szaleństwo
(powtórzenia są bardzo poetyckie chyba… dlatego napiszę to jeszcze dwa razy )
szaleństwo
szaleństwo
(to już się robi wizualnie nawet słabe więc powtórzę pierwszy wers)
kulfonie sromotny
(szaleństwo)
14.1.14

doświadczone, uzmysłowieone
zapamiętane, zróżnicowane, modelowane
pakowane, integrowane, uświadomione
szukasz wolności, potencjalności,
maksymalnych stopni swobody
w pętli roli Ty
powtórz
9.1.14

psychonauta kocha swój umysł krystalicznie czystą miłością,
właściwie miłość przecieka przez wszystkie warstwy labiryntu
każdą myśl podlewa spermą, krwią, moczem, żółcią czegokolwiek potrzebuje ona do wzrostu
karmi gównem, padliną, wymiocinami by kwitły i rosły duże i dorodne
a potem je zjada, rżnie, penetruje poznając istotę każdej
zwielokrotniony umysł to kazirodcza orgia myślątek, które krzyżując się mutują
tworząc zdegenerowane pokolenia, które przemieli się w żniwo przyszłości
i w tym jest śmiech, nieskończony śmiech cyników i defetystów ale też mamrotek i dewotek
każdy wykwit jest święty, wągry broczą, otwory jak gejzery rodzą
nieprawdy są piękne, zbrodnie dobre - cokolwiek w umyśle jest
psychonauta kocha to krystalicznie czystą miłością
i przygląda się gęstniejącym maziom subtelnych markerów lęku i kocha je
obserwuje przekolorowe radostki i śmiechujki milusińskie
opowiadając im żarty i anegdoty i kocha je
podniecając je wszystkie do granic sprężystości pamięci
i zmienia wulkany w doliny by potem budować miasta, które spłoną w pył drapaczy galaktyk
i wszystko jest teraz i wszystko jest na raz
każdy moment jest tym właśnie, który trwając wiecznie jest absolutnie poznany
umysł psychonauty to absolutnie bezpieczna symulacja
zawsze może uciec w siebie i ją wyłączyć, zawsze może zmienić kanał
częstotliwość drgań włókien mięśni plączących się w partykuły korpuskularne
rozstrzelone świetliście po prawdopodobieństwach
psychonauta nigdy się nie nudzi a jeśli nawet to kocha rozleniwienie mdlące szczypiącym niechciejstwem
błogostan to drugie imię psychonauty
sucha pusta przestrzeń bez matrycy ni potencjonalności na przestrzał
zaraza filtra trawiących kształtek formuje rzeczywistości
nosiciel umysłu karmi się niewiedzą, pielęgnuje nie wiem zasypując to świdrem
żerzączkowej macierzy, brodawczakiem nieludzkim, zespołem niedorozwoju systemu
by oddać czeluści krotochwil miłującej mądrości, która jest zawsze
spazmy kiełkujące w piczki i serwowanie masterkejków żywotnych
kolano-zbiorniki falistopochodne galopujące po wertepach w bruzdo oślepiających pląsach
izotopowe maślanki biczujące wiatro-saneczkowe fermenty hulajacych bez owoców
jonizujące wapienne polaryzacje asekuracyjne we wnętrzu jelit paciorkowców
masuje psychonauta starość skojarzeń kochając je jak młódki
i nigdy ich nie krytykuje, ewentualnie sugeruje lepsze rozwiązania
tamte notując w ćwiczebinku pojebań i nigdy nie jest nietrzeźwy
zawsze sam z siebie jest ponadnaturalnie zdeformowany w szczękoczułe mizantropie
i psychonauta puszcza powiewy zakusów na zewnątrz i daje plądrować bezdroża jakby czyścił nozdrza, futro iskać dawał by
każdy może wejść i zostać, mieszkać lub błąkać się, gubić i łudzić
psychonauta wie, że krystaliczna czysta miłość to nie posiadanie niczego na własność
i wie że umysłu się nie ukradnie bo jest wszędzie
w najdrobniejszym drobiazgowym szczególiku apetycznym ,wokselu przetrawionym kwaso-bibułką
nawet jeśli jej tam nie ma, ich, kogokolwiek jeśli to oni
psychonauta rzyga błędem i anomalią i to atrakcyjne jest dla niego jak arachnofobiczne agorofobiczne podróże do wyciętych dżungli
nigdy, przenigdy w żadnej pauzie czy spacji nawet w spekulacji pod żadnym pozorem nic nie jest zakazywane
dlatego prohibicję znosi on zaraz po podniesieniu się w trupa
wieleościany foremne roztrzaskane płynnością kopii nie mdlą, nie modlą się
wszystko dzieje się samo przez się
psychonauta kocha inne umysły bo są źródłem degrengolady, która wichruje zanadto, zawiewa głeboko, potrząsa jak prund
trzask samsaryczny nie straszny jest, iluzorycznie niefizyczny
nic tu nie dzieje się naprawdę i psychonauta jest pojemnikiem poza tym

weź pigułkę, weź pigułkę, weź pigułkę...
3.1.14

przez minutę próbowałem zatrzymać czas...
popatrzałem tedy na swą przyszłą dziewczynę...
Merlin Monroł... gwiazdę srebrnego globu...
i z razu odkryłem, że ją kocham...
bo jej nie znam...
wiem o niej tylko jedno
NIE BEDE Z NIĄ GRAŁ W GRY
10.12.13

to się nie może udać
nie utopisz mnie w spermie
nie utopisz mnie w gównie
ani hektolitrach łez
ponieważ w kryzysie
potrafię sobie zrobić nawet
ryż z cukrem!
27.11.13

źle się samospaliłeś
wierząc psychoterapeucie
że tak naprawdę
że tak naprawdę
naprawdę
naprawdę
naprawdę...
jesteś
nieszczęśliwy
23.11.13

to
jest zawsze
na pierwszym miejscu
bo ty
zawsze
odchodzisz
8.11.13

uran w sztyfcie
drewno w czopkach
dziwnie parkujesz
6.11.13

znicze i kadzidła

teraz wiem, że
wkręcić mogę śrubkę
klęcząc pokutnie, zdzierajac kolana,
wygeneruję trylion kilowatogodzin
wykonując te śmieszne, straszne gesty
które są na tyle trudne, żeby nie były trywialne
ożywię umarłego
tracąc głos, oddech, wysuszając usta
wypowiadając obsesyjnie te sprzeczne sentencje
wyzdrowieję dzięki pokłonom
nie tylko dlatego, że sport to zdrowie
ale również dlatego, że cierpię dostatecznie
powspominam swoich bliskich
by diametralnie zmienić ich sytuację
zmienię wszystko
myśląc przebiegle magicznie
o czi, tao, miłych rzeczach
bo myślę literacko sprytnie
a siły, do których się odwołuję są z tego świata
ja to wiem...
nie ważne co zrobisz kiedy wierzysz
wszystkość jest mi dłużna
za tę głupotę
bo tak chcę
bo moje intencje to dobre intencje
jestem dobry, lepszy, oczyszczony
bo wykonałem tę nudną sekwencję
pustych działań bez skutku
a to wystarczy
to święta procedura
wymyślona przez przedwiecznych
oni wiedzieli jak godnie trwać
oni wiedzieli wszystko
24.10.13

gdybyż wiedziało twoje ciało
jak wysokie
stypendium naukowe
ufundował mi
zakład
ubezpieczeń społecznych
za moją wyobraźnię
za moje neuro-trolololo
la la le le lo lo la le...
niechybnie
przewróciłoby się
w mundurze
8.10.13

szereg zmian nic nie zmienił
dalej sterczysz na środku wszechświata
otoczona niewidzialną ścianą swojego pryzmatu
o którą rozbijają się tabuny samców
6.10.13

błogostanne alogie, afazje uniwersalistyczne
schizo słowiątka anozodiaforyczne
lepsiejszością są anhedoniczne zastoje
niepoczytalne mną
przy twojej
biologicznej selekcji
a to wszystko z poczucia doskonalejszości
wszechwiednej twojej małości
w tu pulsi au au
dziamgające twoje
procesiątka, walidacje bez penetracji
dewaluacje są krępujące
zamiast to, ty tamto dla zasady
prawa pizgrasz w kniejkach neuroglejowo
jako wyraz wolnościjki
wojenki i nerwice, depresyjki i zapijki
hektolitry kawy modniusiowatej
pachnące diory wydekoltowane
duszące neuroleptycznie
kłeby astmatycznego twego nie
spór w zanadrzach żeby tylko
zapierdolić innym w klops
nie masz cesarstwa dziewojko
ale wieczny debet
też mam swoje święte braki
plaszczesz niewiadmo dlaczego
siorbiesz konfliktem niezgodę
jako sposób wykrzyczenia, że jesteś
widzę i zajefajnie kuje w oka
po co ten dziki turkot zgrzytu
kiedy możesz utonąć w dopaminiankach
marcepanowych przepływach
w pokojowych ogrodach wynaturzeń
w futurystycznym furkocie
niekolistych przeobrażeń
socjopatycznej dziecinadzie
która pęcznieje lawinowo
w mózgotrzewiach kolorowych
fanatycznych ludków którymi jesteśmy
przez ten cały połamany relacyjny gąszcz...
no weź się
6.10.13

słodycz w sercu
serce w mózgu
w mózgu pustka
czego
nie da się
w niej zmieścić?
23.09.13

mam słabość
na którą nie mam siły
ale ona mnie chce
23.09.13

odkurzyłem monitor i życie wydaje się piękniejsze
czasami nie wiem czy na dobrej jestem warstwie
bo nie wiem na kótrą wskazujesz palcem
a to problem bo ja wszystko mam oddzielnie
nawet piksele są w miliardach części
musisz wtedy pstryknąć przed moimi oczami
lub zasunąć z otwartej
bo inaczej nie przestanę myśleć
21.09.13

błąd systemu
hello kitty
iluzje rządzą
się swoimi
prawami
18.09.13

zwykle chodzę ścieżką obok cmentarza
przez cmentarz mi nie po drodze
zagryzając trawę
której nazwy nie znam
muszę uważać
żeby nie wyślizgnąć się
na drugą stronę
przez błoto, psi kał
lub ludzką srakę
a w niej jest wszystko...
i ona myśli, że ja
będę czołgiem
gonił jakiegoś króliczka
że będzie wystawać tylko głowa
a markotna broda
i wąs jak dąs
będą jak zwiewny pląs
w jakim ona
świecie żyje?
14.09.13

kiedy mnie czytasz
płonę
jak migotliwy fajerwerk
teraz kończysz
więc gasnę
jak pet
7.09.13

to ledwie draśnięcie
spienionej fali
ułamek kropli
nurkuj
do dna
31.08.13

długo myślałaś
jak obronić to pojęcie
w końcu wybrnęłaś
wskazując na konkretny
egzemplarz
a ja ci mówię
istnieje tylko do niego
relacja
i tylko tego
nie da się zniszczyć
co najwyżej
można ją zamienić
na bliższe
lub dalsze
stosunki
nie życzę ci
by zawsze było tak samo
bo wtedy prysnęłoby
całe to złudzenie
8.08.13

naiwny jak embrion
chłonny jak kamień
spalił kliszę przeszłości
i robi miny do filmu
którego już nie ma
13.07.13

dostałem dziś przelew
z niewiadomego źródła
wpłynęło miliard dolarów
w tytule było napisane
"odszkodowanie za życie"
na ulicy podeszła do mnie
piękna kobieta
zaproponowała seks
powiedziałem
"nie"
co za dzień
8.07.13

jestem swoim psychofanem
wytatuowałem sobie
swoją twarz
na swojej twarzy
nie czytam od siebie listów
bo są ich tysiące
i wszystkie słodko pierdzące
śpiewam pod swoim oknem
łamiącym się głosem
ale je wtedy zamykam
ilekroć poznam swój numer telefenu
muszę go zaraz zmienić
chodzę za sobą
i udaję, że znów wpadłem
na siebie
przypadkiem
nie masz pojęcia kim naprawdę jestem
tłumaczę sobie
kiedy grożę, że się zabiję
jeśli nie dam sobie szansy
kiedy dostaję od siebie
kolejną parę przepoconych majtek
kolejną butelkę Ballantinesa
kolejne cygaro
bo przecież
ja
nie noszę przepoconych majtek
nie piję whisky
i nie palę cygar
jestem prezesem
swojego fanklubu
organizuję ze sobą spotkania
i liczę na to
że kiedyś zrozumiem
moje poświęcenie
że kiedyś odpowiem
na swoje modlitwy
mam setki swoich autografów
i tysiące zdjęć
napisałem o sobie
kilkaset wierszy
i przeprowadziłem kilka wywiadów
wpycham się sobie do łóżka
mówię cytując siebie
nie mogę się od siebie
opędzić
1.07.13

ślimak
nieuczestniczący w wyścigu
rozdeptany
przez epigona
nie był świadomy śmierci
epigon
uczestniczący w wyścigu
rozdeptany
przez twórcę
cierpiał
twórca
nieuczestniczący w wyścigu
rozdeptany
przez nic
17.06.13

nie chcesz mnie znać
kurwa mać
kurwa mać
kurwa mać
...
15.06.13

bez słów
bez historii
wybory
które dokonują się same
redukują
wielość operatorów
do już
do wszechstanu
który osiągnęłaś
zawsze
następnie
nie kłam
a wszystko
stanie się
8.06.13

znów ulegam
temu złudzeniu
że przy Tobie
byłbym
najpierwszym odbieżcą
8.05.13

niebawem znów będę mógł dać Ci bukiet mleczy
będziesz mogła spocić się i wdepnąć w gówno
wyprowadzając latlerka wabiącego się Król
przyniesę Ci orenżadę 100% cukru dla ochłody
i zjemy przeciekającą między palcami
zapiekankę na śródmieściu
powiem "spierdalaj ćwoku"
jak jakiś chuj się do księżniczki przypierdoli
znów zaczniesz golić nogi i pachy
dopadnie nas lenistwo i uśpieni brakiem klimatyzacji
klejąc się słonym smakiem
nie będziemy mieli czasu
na rower czy wysoką kulturę
będę łapał dla Ciebie muchy i zjadał karaluchy
schłodzone piwo pite przez moskitierę
sprawi że znów zapomnimy pomysleć
chór dzieciaków za oknem
odmierzy czas do wieczorynki czy innych faktów
a krzyki pijanych po zmroku przypomną
że jestesmy wolni
opowiem Ci gdzie moglibyśmy być
gdyby nie to wszystko
namówisz mnie na noszenie japonek bez skarpetek w niedzielę
a ja namówię Cię do chodzenia nago po naszym
wynajętym mieszkaniu
zafunduję Ci dwa dni na mazurach
w śpiączce alkoholowej
na ursynowie resztę życia
czyli kilka lat
a potem dam Ci o sobie zapomnieć
22.04.13

mosty pojęć płoną
a płomień
oddycha ciszą
10.04.13

pope
dope
hope
nope
13.03.13

każda forma
z pustych zbiorów
trwa póki uważasz
możesz mieć wszystko
jeśli starczy ci czasu
03.03.13

miałaś takie ładne oczy
w żabocie
nie wiem czemu
30.12.12

szkoda, że kochałaś mnie
jedynie po chrześcijańsku
bez dotykania
z litości
w afekcie
z obowiązku
a ja byłem bogiem
he he he
28.12.12

masz takie patrzenie
że ah eh oh
zupełnie jakbyś wiedziała
ile razy mi się śniłaś
a ty tylko
tak do zdjęcia
25.12.12

ukradłem ci kilka słów
pojęć, parę teorii
i sposób mówienia
mogę udawać, że jestem kimś
14.12.12

rżniesz mnie
tylko żyletką
jestem gównem
które czuje się
jak człowiek
współczujesz mi
jak pani Elżbiecie z Wrocławia
lat 49
której zrobiło się takie coś
na nodze i dłoniach
i to jej rośnie i ropieje
i boli
i lekarz jej powiedział
że to taka grzybica
na którą leku nie ma
i ona umrze
kiedyś
ale ty jej nie znasz
nic o niej nie wiesz
czyli nie współczujesz
mi
kochasz mnie
jak siebie
a ty siebie nawet
nie lubisz
czyli mnie
nie kochasz
dlatego nie chce
mi się
z tobą gadać
nawet
rozumiesz?
14.11.12

Nienawidzę Cię
po kliku pierwszych zdaniach
bo cały ten monolog
stwarzający wszystko
jest kłamstwem
od zera do bohatera
kocham zero
a wmawiasz mi że ta gra
jest czymś co ma
wartość
Nienawidzę Cię
kiedy milczysz
bo uśmiercasz wtedy wszystko
co mogłem zrozumieć
12.11.12

głupi wiersz
debilny wers
pi rym tym tym
gówniany rym
brak treści
Cię pieści
cała ta strofa
jakbym użył kilofa
10.11.12

myślała
że jest święta
a okazało się, że jest
dupkiem
smutne
pierdnięcie
22.8.12

kiedy ciężko się rysuję piczę...
żelazna szyba prosta jak supeł ścieka wzdłuż horyzontu jak amen w etażerce a w mogile święta pchła tańczy czacze i płacze próżniowo gęsto pod włos i na skos w pierdzielniku zakusy na sztorc bombaj skrzeczący tarza się w smarze kudłatym lico kanciaste łękotka ślimacza pycha wymiotna w modlitwie bluźnierczej pały i chałwy pleśniowe korpulentne miazgi ochrypłe gładzie pewex lipy orgia mszalna rozmasowany klucz na połysk mroku szuka rebusu w twoim kroku nieogolone sudoku sroku koku a potem hałas zgiełk pustelni pfff powiadasz a ja nie-e po co przyszłeś? a to nie wiem i wisi zbok na powiekach przetartych fluktuacją pokiereszowanych tęsknotą w popielniku kryształy lęku po to żeby cię zaklajstrować zgięło pęki chwastów zachwiało ciasto udręki lepkość szeregu i kłosy dżemu morelowego lubaszki psit w migu lub f-16 na stacji orbitalnej w mgławicy służbowej w paragrafie przypisu w lągrablutku sampotku co? no pójdźmy wszyscy do stajenki fakir musu chorendalny kieł chodnik strzelisty jesteś nawet dziwniejsza jak jeżyk żaby achromatopsja przełyku bez styku jak haiku sienkiewicza pif paf kuliste i czemu się dziwisz? prześwita karczoch nieociosanych zwalistych połknięć twoich krótkich cięć świstnęłaś mnie w kuku na melona!
22.7.12

psota taka
cipuluś
wstał
i wszystko
wydawało się
nieskończenie
piękne
jego siła tkwiła
w przewidywalności
to nie była
kiła
7.5.12

to już
nic więcej
tylko to

10.4.12

morze mistrzów
teorie inspirujące
o tyle o ile niezrozumiałe
15 cienkopisów
jeden działa
puścić
zajebać
morze błędów
do popełnienia
jeszcze dziś!
dam radę
w końcu
moja głowa jest pusta
i to nie ma
znaczenia
zajebać
puścić
wszystkie nonsensy
zaliczone
jedynym sensem
jest hermetyczna
utopia
spuszczenie tautologiczne
próżniacze puszczenie
zajebanie
23.3.12

skup się
podziel się
twoja wyszukiwarka
wie o tobie więcej
niż ty sam
2.3.12

Książę nie serce dla Cię
dla Cię tarzam się po blacie
lub twej klacie
także zaciesz

Kurewno najdroższa
najmilszy mój bełkotku
nie mów do mnie kotku
zacieszę jak się powieszę

Lepiej weź se hery
lub policz poematu miłosnego litery
ten wiersz nieskończony
lepiej weź mnie za żonkę
mnie lepiej niż stonkę

Dobra to biorę
oj do dupy Ci się dobiorę
pójdziemy do kina
a potem będzie psotny finał
Co teraz leci, Ki nał?

Nie kino
przerżnąć musisz mnie przeokrutnie
bo będzie dziś mi jeszcze smutniej
także pierdolenie pielęgnuj w głowie
co masz robić - niech fiut Ci powie

Dobra migdałku, psoto brudaśna
będziesz dziś przeobrzydliwie kutaśna
poliże gdzie trzeba
poszepcę do uszka
nie wyjdziemy dziś z łóżka

To postanowione
brzebiorę się więc za żonę
jebaną persefonę
lubisz Bellucci?
będzie lizać jaja Ci
kisses głupolku
pokraczny zjebolku
14.2.12

kupię cię w każdej ilości
to twoje zniekształcenie
święte teorie
i naiwne eksperymenty
z misiem co ci wystaje
choćby i z dupy
20.12.2011


uwikłany pozór
niezależność
wplątana w matrycę umysłu
to nie wzorzec
wplątany w matrycę
wszystkości
tańczę samobójstwo
wszystko masz
w meta przytomności
cheesburgera i coli
cukier to nie słodycz
przecież wiesz
szczęście
to nie stan umysłu
07.12.2011


tkliwy szmer bezdechu szelest
źródło zapalnik iskra prąd
zdziwiony lęk szklisty blik
budzi ferment zastyga brak
tęskny czar gładki pomruk
skręcone chcieć powabne nic
szlachetny kształt pełen wyraz
to mieć smak w garść
wilgoć przebiegła zawadiacki cień
mruga bystro śmiały kęs
by trwać w tym z nią
mlasnąć sensem przytulny brzask
popuścić śmiech zagryźć umysł
mięsisty płacz dopalacz kruchy
odurzyć się pocieszyć blisko
trwać w grze puścić wszystko
rumieniec blady frapująca słodycz
żywy głód wisielczy żart
i w tym jest ruch różowy żel
śliska przeźroczystość miły pęd
niebo za małe słońce za zimne
klawisze mlaszczą dygoce radość
miałbym ja przestrzeni huk
pierdzący dźwięk urzekające ciało
tęcza pikseli bitów moc
śluz starości gwiżdżący seksapil
a to tylko milisekunda
jarzy się miło soczysty mus
miażdżący puls dotyku ciepło
27.11.2011


nie mam celu
pójdź za mną
nie mam nic
weź ode mnie
niczego nie chcę
chciej mnie
nie mam siły
oprzyj się na mnie
nic nie rozumiem
ucz się ode mnie
26.11.2011


nie mam kształtu bo nie ma nawet teraz
puste jest nawet Ciebie chcenie
pseudo fakty lecą jak strumyczki w próżnię
jestem tu i tam choć nie bywam
zero masy jakie to głupie czasy
to wszystko trudne choć już nie istnieje
i tylko jedna jest nie ma odpowiedź
że głupio cieszy się mistrz
dualny monizm autorefleksyjny
przytul mnie może całkiem zgłupieję
chcę tego bardziej niż zrozumienia
23.11.2011


zazwyczaj pustka ale czasem
patrzę na wirtualny kosmos, który rodzi się
kiedy nie rozumiem codzienności
słucham wtedy muzyki, której nikt nie słyszy
bo nie rozumiem o czym do mnie mówią
jestem z wymyślonego świata bo nie pojmuję tego
mam takie śmieszne niebieskawe wypustki
i poruszam się drucianym pojazdem
wisząc trzy metry nad ziemią
wokół zmiennokształtne fasady
i rośliny giganty mutanty
robactwo kolorowe pełza wesoło
jestem schizoidalnym dzieckiem
które już nie boi się wirtualności
ale nawet jak wyobrażę sobie całe miasto
całą planetę pojebaną
to zżera mnie żal, że nie rozumiem
świadomości
i takich intrygujących zjawisk jak Ty
19.11.2011


zamieram na Tobie w bezczasie
nie obracam Cię wulgarnie w myślach
choć mój mózg to potrafi
raczej spadam w niemożliwość
bycia najbliżej jak się da
strukturki przenikają się wtedy tanecznie
przeplatając wyniki obliczeń
i cisza lepi nas w niemożliwą symetrię
takiej ładności nikt nie strawił nigdy
to skomplikowane jak śmieć
a idealne jak punkt
i przemówić to jeszcze może!
więc tylko łechcę się przelotnym spojrzeniem
coby nie zastygnąć na wieki
nie załkać przeraźliwie
z tęsknoty za myślącą otchłanią
to gra w porzucanie
nieprzywiązywanie godne siakjamuniego
to suma kilku krzywych
która przeinacza mnie w torusa
jestem pusty w środku
czy zwinę się w idealny punkt
i zagwazdram jak śmieć żeby Cię mieć?
w tych rysach widzę wszystko
nie wiedziałem że mój mózg to potrafi
09.11.2011


Manifest zrypanego artyściątka

Myślaki, wyobrażonka, senności płyną z główki w bezkres
My to łykniemy jak chmurkę, rozdrobnimy w cząsteczku i zakićkamy w inność
Potem inne będzie bawić nas jak kosmiczne zwierzaczki
które tuląc i kitrasząc przemielimy w jeszcze inne psycho fakty
Przyjdzie Pan doktór i my go zahipnotyzujemy i on też się skićka w esencję
Będą kruszyć się konstrukcje jak chrupki, które lizać będziemy mając orgazm
Transformacjom nie ma koniuszka. To będzie leciało i klaskało.
Pan doktór ma w głowie kupkę a my z niej zrobimy trylion miliardów neuronów
które zatańczą razem nieświadomość i nie dostaniemy oczopląsu.
Będą takie fajne kolorki bezbarwne w kropki i latające miski.
Zrobimy test na oszołomienie i bezdźwięczność a wtedy Pan doktór zrobi przysiad.
My chcemy nowego porządku. Jak wyżej. Czasu i przestrzenności w punktu.
Szkoła będzie wyglądać jak tafla wody grubości mikrona.
Będziemy na niej pląsać oczyszczając bezkształtne pofałdowania.
Nie śmiemy nawet przypuścić kiełbasianego obłęda. Zdrowi my jak dwa owady.
Nie wiemy jak się kończy przyszłość bo prawdu my tylko głaszczemy.
Pielęgnuj osad z umysłu a potem czyść go w szkołu do zerka. Kto zerka?
Twórczość bez doktorka to płętylion treściwych siusiaków.
My chcemy puszczać to w eter. Postulujemy jeden postulat - nie ma końca.
05.11.2011


odchłań ominięta, luka ziejąca
dreszcz, szept, sens pomylony
przerwa nie pojęta, draśnięcie
to wkradło się w międzysłowa
choć prosił odwieczną pustkę
by iluzorycznie przeinaczyła się
w bezgraniczną przestrzeń
ona jednak puściła się w inność
bezsens kulawy, chrypkę mdławą
zapoconą ciszę, bobek kurzowy
choć były słowa, jakoś nie brzmiały
brzdęki były to raczej, kiczowate kryształki
bycia nie dasz nikomu nawet w wierszu
bzyczy otchłań, że nie będzie pełnią
czy to kumanie było rozumieniem?
czy kolejnym pomyleniem?
23.07.2011


wszystko ma znaczenie
może dlatego
nic nie zrozumiałem
pewnie dlatego
nie zmartwisz się
jak już nic nie napiszę
teraz wygasnę cicho
a Ty
zawsze będziesz mogła
rozpalić mnie
jednym słowem - iskrą
04.07.2011


prawda jak szkło w ranie
ciągłe rozharatanie
nic ode mnie nie zależy
tylko świat urojony
jakie to dziwne, że jestem
pustka w głowie
03.07.2011


nie lubię się powtarzać
a jednak, myślenie to pętle
są słowa zawsze takie same
gramatyka, składnia, konstelacje
to tożsamość rzeczy urojonych
wracają nieodmienione
są moje a jakby autonomiczne
niech płyną, przecież ich nie wytnę
ona też ma kształt i słowa
i to przeszkadza mi najbardziej
wymyśliłem ją przepięknie
teraz myśli się szeptem
29.06.2011


lewitujesz
samosterowny pyłek
nawigowany myślą
trajektorie zbyt zawiłe
ścieżki zbyt skręcone
by pojąć twój cel
zajmę się swoim brakiem
lecąc identycznie
24.06.2011


matka pochyla się nad wózkiem
wycierając dziecku buzię
mężczyzna przy kiosku płaci za kolorową gazetę
chłopiec biegnie z kręconym lodem
staruszek przechodzi przez ulicę
na czerwony świetle
dziewczynka jedzie na rowerze
ostrzegawczo dzwoniąc dzwonkiem
babcia sprzedaje truskawki
w drewnianych łubiankach
obmywasz twarz w fontannie
jak cudownie, że mogłaś
to wszystko zobaczyć
16.06.2011


ona stoi przed lustrem i myśli
jestem zajebista
napisałbym dla niej wiersz
gdybym umiał
rozśmieszyłbym ją do łez
z głupich rzeczy
potrafię chodzić na rękach
ale raczej starałbym sie
zachować powagę
i sprawiać wrażenie
inteligentniejszego
09.06.2011


porzucę nirvanę dla tej
która rozumie wszystkie dowcipy,
porzucę kensho dla tej
która uchwyci istotę formy nim zniknie,
porzucę samadhi dla tej
która z form konstruuje znaczenia
porzucę sunjatę dla tej
która odkrywa przyczynę i skutek
porzucę anapanasati dla tej
która zadaje dobre pytania,
porzucę sanghę dla tej
która rozwiązuje wszystkie zagadki
porzucę paramitę dla tej
która może być moim nauczycielem
02.06.2011


świsnął, piknął wesołek fikołek
dryndnął psotnik, fikuśnie posmyrał
zadziornie puknął, poczochrał kędziorek
frędzelek potarmosił, guziczek urwał
gumeczką strzelił, języczek wypiął
rubasznie się zhahał, koralik poturlał
kitrasząc się tańczyć począł
wygibasy kręcił, wodą ją polał
ona się hihra nieśmiało stópką kręci
on czaruś gili gili wierci
i byłoby całkiem rozkosznie
gdyby nie to, że ona jest na nie
29.05.2011


zawierkusił ostrygońskie patułki
w kustumiłku palońskiej wielitki
bojażu pstrychylny kołpotku
najwystrachne astrałki i molki
moździł i stryszył oblupnie
każdzi wygutku sobirdziewał
miszki malurgał pikraśnie
postorki smyrgał bomulał
nadkreski plumały dumownie
wystraśne kałeczki mizderka
kęski fajkiełki wyprutki
wąsplony mrułgacz pacisny
kiwotna grzęść liczborna
sturpitka klącz obściułpiszcz
porosteczka natku ślipetka
nastrołpały mordęki lamitka
nadpiłkuczne pajki i styczkosz...
25.05.2011


pod drzwiami klasztoru
skruszyć chciał komety lód
zebrać chciał kosmiczny pył
i śniło mu się że miłość można zobaczyć
jako promieniste prążki wokół serca
okryte przeźroczystą płachtą
i że daje ona życie wieczne
20.05.2011


przeźroczystość przestrzeni, świetlistości pustki
esencja nicości, takości wesołej
czysta energia spokoju i ciszy
bezgraniczność chwili, bezforemność puenty
to Ty
12.05.2011


bit bystry, test, szelest
nieoczywisty cel zaliczony
zmiana, błysk, blask, oklask
ślizg, szept, skwar, skok
wdech, gładź, połysk, blik
dym, powab, istota, skręt
jędrna pięść, fuck, pizd
muśnięcie świst
przestrzeń zroszona, plusk
cięcie głębokie teraz
tąpnięcie, chwila, dreszcz
pauza, olśnienie, wzór
kształt woń i zgliszcza
pierdyliard w rozumie
geniuszu kiść, słony smak
krok, tik, czaru pęk
rosa, zawieszka, moment
liżę to, zielony mech
nieostra fotka
06.05.2011


jej usta dosknałe-nie-doskonałe
jej nos doskonały-nie-doskonały
jej oczy doskonałe-nie-doskonałe
jego wiersz
ze skrawków ulepiona
bitów niezatajonych
okamgnień przelotnych
lepsza niepoznana
schizo urojona
na poły wymyślona
jej błyskotliwość kłuje świdrując
jej wyględność parzy tuląc
on na nią klika
mimo pustej ciszy okrutnej
ona go unika
mimo wierszy doskonałych-nie-doskonałych
oboje pomyleni w samotności
doskonali-nie-doskonali
oboje rozdarci przez myśli
ocean ocen bez wartości
ona i jego wiersz
04.05.2011


nieskończony program
nieznane trajektoria
i obrazkowe ścieżki
samoistnie wyjątkowy
przynosi odpowiedzi
nim jej usta drgną
wystarczy milczeć
by uprościła się złożoność
ona i on
zakleszczeni w wyniku
stwarzają się lekko
lustrzanie
komórki pełne kodu
pękają jak bańki
automat trwa
treściwie
rozmywając się w znaczenie
29.04.2011


oświecenie było blisko
lecz miał jedną myśl śliską
co myśli ona,
czy dotknie jej nim skona?
26.04.2011


drżał
bał się jej wilgoci
że pokruszy się i wyschnie
że niedoczekanie jego
ześwidrował w próżni
skręcając się w kształt niemożliwy
przestrzeń jest zbyt trudna
kiedy dotyczy dwojga
wyschnięte usta u wodopoju
grał
choć wiedział że wygra ona...
17.04.2011


kapryśny moment pędu
półuśmiech olśnienia
zaczepne szaleństwo
złamane krzyki rozstania blakną w teatrzyku
obłąkanie każe oddać siebie w darze
zakłopotanie i litość dla świra
klawiatura pęka ciszą
teraz czyste zen
bezgłośna bitwa
mlaśnięcie i ścięcie
17.04.2011


kiedy zgasnę
nic się nie zmieni
pustka
spokój
cisza
10.2010


Jestem nagim królem
urojonego królewstwa
2007


Piszę, choć jestem niepoczytalny
Przeliczyć mnie można na ilość znaków
Choć jestem nieobliczalny
2006


Na swoją obronę
Mam tylko Ciebie
Nie to
Że ja coś
Tylko to, że Ty mnie
Tak na wskroś
17.08.2006


Neuronalno synapsoidalne gluty
Aksonowe rozsianie rozpięte
Biliony archiwalne pośredniczą
Przepływ odpowiadający
Okleiło się wszystko
Że tylko przez to oklejenie
Zobaczyć można zniekształcenie
Przelotnie oklejając okleinę
Prześlizgując się płynnie po błonie
Skalpelem wyrżniesz znaczenie
I nie będzie nawet wypaczenia
2006


KASTROWANIE SIEBIE Z SIEBIE
nie zawiera sie w tym tekście.
Ten tekst to ja, mój dogmat, mój mit, pradygmat,
który przyjąłem w pewnym momencie.
KASTROWANIE SIEBIE Z SIEBIE
to proces - herezje i rewolucje.
To wykonywanie wyroków na własnych przekonaniach.
Ten tekst był dla mnie świętością.
Jest wyrazem pojedyńczej decyzji.
Zmiana jest tym czego nie obejmuje ten tekst.
KASTROWANIE SIEBIE Z SIEBIE jest zmianą.
To nieustanne porzucanie znaczeń, które sie wypalają.
To szukanie nowych znaczeń.
KASTROWANIE SIEBIE Z SIEBIE to permanentne uściślanie siebie...
poprzez niszczenie koherencji wypowiedzianego.
To precyzyjne opisywanie pryzmatu przez który się patrzy...
O ile nie da się go wyrżnąć, wyciąć. To demaskowanie...
KASTROWANIE SIEBIE Z SIEBIE jest opisującą mnie różnicą.
KASTROWANIE SIEBIE Z SIEBIE to cykl samobójstw.
Ten tekst wypalił się dla mnie.
Za chwilę wypali się dla was,
bo ten tekst to tylko:
ja, mój dogmat, mój mit i paradygmat,
który przyjąłem w pewnym momencie.
27.01.06


Przesączyło się to co dookoła
Przez płynny zmiennokształtny filtr.
Użyteczna postać tego co wyciekło
Daje lepić pryzmaciątka,
Coby spijać kolejne namiastki
I tak z kolejnych kropelek
Utoczy się homeostaza.
Prześlizgnąć się będzie można po powierzchni.
Zostawiając śluz opisujący.
I w takiej symbiozie, bez zbędnej wiedzy.
Z płynnym kształtem sitka.
Formując się i deformując na przemian.
Te sitka jak chmurki ślimacze
Będą szukać rozdzielczości.
A jak znajdą to znikną.
21.11.06


Drży powietrze
Ja drżę
I drę się na skrawki
Beznadziejne
2006


Milczę

Milczę
Bo zdania są martwe
Milczę
Bo słowa są tylko
Spalonym powietrzem
Wypuszczę dym
Może on poruszy cząsteczki
Przybierze kształt
Splącze się w giętkość
I powie tak
Że będzie to żyło
2001


Absolut

Absolut to tylko
Czerń nieprzenikniona
Jak kropla tuszu
Ty
To czarny książe
Co czernią czerni
Wszystko już oczerniłeś
Co było kolorowe
Co smakowało, pachniało
I wydawało dźwięki
Będąc
Będąc
Będąc
2000


to już ostatnia wieczerza
przy kieliszku spirytusu
zagryzanym chlebem tostowym
z nowego supermaketu
to już ostatnia wieczerza
spędzona na klęczkach przed sedesem
ostatni raz pozwalamy sobie
na przypadkowe bzykanie
to już ostatnia wieczerza
na której wspólnie
palimy haszysz
na której pijemy kolę z kwasem
bo odszedł za kratki
osiedlowy dealer
i babcia sprzedająca spirytus
umarła zeszłej nocy
i ja odchodzę
szukać czegoś bardziej prawdziwego
bo to ostatnia wieczerza
2000


Tak trudno uwierzyć
Że zawsze pragnę tego czego nie ma
Chcę szczęścia
A ty głową kiwasz że nie ma
Mocno na ziemi stoisz
Przelotne spojrzenia wryte
W ten wieczór nieszczęściem
I mówisz:
Nie ma
Nie ma
Nie ma
A ja chcę tylko prawdy
Szepczesz że kłamstwem
Byłoby powiedzieć że gdzieś ona jest
A mi tak trudno uwierzyć
Że pragnę tego czego nie ma
I mówisz
Nie ma
Nie ma
Nie ma
2000


we śnie zabijam ludzi
w dzień rozkochuję się w przechodniach
nie mam marzeń
wzdycham do tego czego nie ma
wariuję bo jestem
cieszę się gdy w sen zapadam
cieszę się namiastką zniknięcia
chcę tylko czegoś co jest
gdzieś poza
poza tym szepczę
o tym czego nie ma
szepczę w pustkę
myślę o czym
można jeszcze zapomnieć
2000


oczekując miłości
umarłem z nadzieją że nie o nią chodziło
oczekując mądrości
umarłem bez nadzeji
2000


przeraźliwie chcieć tak mocno
silnie pragnąć musieć wiedzieć
czego potrzebuję w tej chwili
nie wizja, nie obraz, nie dym
nie kobieta co nudzi ciepłem
wilgotnej waginy
nie szaleństwo co się wypala
pod wpływem leku
tylko, tylko, tylko antidotum
na wszelkie odczuwanie
że jest tylko sam
że tylko ja tak bardzo musieć
niewiedzieć co
roznosi od środka sam ten fakt
że trwa czas i trwa
2000


zdegustowany długoczekiwanym
wydarzeniem, przyjacielem, kobietą
chwilą, którą inni pokochali
słowem co mogło dodać otuchy
zdegustowny
zdegustowany, tym co miało być
zapamiętane
zniesmaczony tym co było
znienawidzony fakt że jest właśnie
tak
spalający całą wieczność
płomieniem
co rozgrzewa jej płuca oddechów
i wydechów
brudnym powietrzem
zatrutym
życiodajnym
dającym
dającym
dającym brak
zdegustowany jej ustami
faktem że jest człowiekiem
jak ja
zdegustowany mdłym odbiciem
światła na twarzach, na ulicy
zde
zde- gustowany złym gustem
manierą
zniesmaczony
znienawidzony fakt że jest właśnie – tak
2000


Dziecko co jest
( antyinterioryzacja )

jak to
to gdzie będe jak mnie nie będzie
świat zaczął istnieć
w momencie moich narodzin
paradoks przeszłości
obecnej przed moim byciem
paradoks przeszłości
przeczytanej
nie doświadczonej –
implikuje pojęcie
mojej pierwotnej świadomości
nie było uświadomionej interakcji
z postacią nie bytu
co będzie z wami kiedy
już was sobie nie będę uświadamiał
co będzie
2000


jak dym skłębiony
nie niebieski – przetrawiony
jak intymność moja . . .
gwałt
gwałt to był
dała się wydymać
moja! naiwność
ść
ść
psyt – zgasła intymność
święte – sprofanowano
zdeptano złudzenia
lecz ani sens
ani prawda
to nie była
uświadomione piękno
doskonała estetyka
pozwala widzieć tylko
- gówno!
jakie to tło
obrzydliwie wstrętne
wstrętne
gawno natrętne
skłębione, pozawijane jak dym
nie niebieskie przetrawione
2000


drzewa po których jak małpa
z gałęzi na gałąź
po dachach niskich garaży
jak tajny agent
skok w dal z wysokiego dachu
na piasek
strzały z procy
i gra w palanta
zapasy na trawie
i ja jako wcielenie maradony
pierwsze pocałunki
poprzedzone teorią w obrazkach
przemyconą od starszych kolegów do domu
gołe piersi w kolorowych magazynach mamy
Tomek Sawyer i Huckelbery Finn
pierwsze papierosy
i plany ucieczki z domu
na wieczną wolność
od szkoły, rodziców i wynikających
stąd zbędnych zasad
odkrycie tajnych możliwości siusiaka
zatracenie się w rysowaniu
statki kosmiczne, potwory i samochody
szkoła, pierwsze wagary
pierwszy alkochol
pierwszy przyjaciel
muzyka murzyńskich gett
dziewczyna co mówi żę kocha
liceum
pierwszy raz
marihuana, LSD, wódka, paranoja
mój mistrz malarstwa
i ja jako wcielenie Caravagia
filozofia i sztuka – nirvana
matura i to co teraz
nieskończona ilość losów moich dalszych
2000


wszystko w garści
wszystko na raz
cała wiedza moja
od zaraz
cała mądrość
żeby się we mnie
urzeczywistniła
lub żeby chociaż
namiastka prawdy
odnalazłą się
w mojej brudnej twórczości
mojej wadzie
choćby przypadłości
lecz prawda
choć wszechobecna
omija je z daleka
na błogosławionego czeka
małe prywatne prawdy
kruche pruchno
lekki piasek
prawda absolutna
rozwiewa je z czasem
i choć prywatna prawda piękna
rdza czasu ją rozpęka
2000


Egoekspansja

Nauka bielma i fascynacji
Nauka zabójców i wiecznych prostytutek
Nauka wąskich szparek i wielkich przedstawicieli
Nauka maczugi i korporacji
Dała wolność
Dała odpowiedź
Kto jest kto
Odpowiedź na pytanie
Które nigdy nie padło
Nie zaskoczy już nas horyzont
Bo zawsze na nim człowiek
Nie wzruszy bieda
Bo nigdy nie wzruszała
Gotyk przepadł bo boga wykrwawiono
Nie smutek w tym
Lecz smutek w tym że był bez serca
Nie ma strachu
Aż tak że strach się do ludzi uśmiechnąć
Piękno na ilość
Religie na fakt
I niech tak będzie
Nadzieja wepchnięta w klamry pracy
I tak niech będzie
Absolut na naukę
Jedzenie na pieniądz
Życie na mechanizm
Chrzęści, wzdycha, szlocha
Chlupocze, płacze rtęcią
Krwią nęci, rzyga, stęka i schodzi
2000


Żyjesz sztuką bo masz środki
Żyjesz mężczyzną bo go masz
Wbród jak czasu
I dzieci masz
Cała reszta to formalna igraszka
Świadoma własnej wartości – grasz
Póki nie wypali się wdzięk
I to co on za sobą pociąga
Tańcz, tańcz, tańcz
Pod mroczną zasłoną piękna
Chichocz, kokietuj, bierz
Brataj się z gnijącymi ideami
Krzycz, krzycz, krzycz
O tym w co wierzysz
Póki masz ulotny wdzięk
Słowa rozkwitną w pąki sensu
Bo potem zostanie ci tylko
Abstrakcyjna koncepcja
Na to jak żyć i po co
A odpowiedź na pytanie dlaczego
Obrośnie meszkiem pleśni i niedopowiedzeń
Więc tańcz, kokietuj, bierz
I krzycz i krzycz i krzycz !!!
Bo pączki rozkwitną
A potem zwiędną w czas
Więc tańcz! Tańcz! Tańcz!
Chichocz! Śmiej się w głos!
Krzycz! Krzycz! Krzycz!
Kokietuj i bierz...
2000


Splecione iluzje światopoglądów
Wydumanych, wyssanych, bylejakich
Zlepione w szale
Urojonego święta człowieka
Wszystko tanie i łatwe
Po stokroć wykrzykiwane
Jednorazowe
Ale nigdy mądre i ostateczne
Wszyscy inni
Ale w tńcu te same szepty
Ta sama intencja i pozorny sens
Abstrakcyjne potwory wszelkiej racji
Na scenie, na polu bitwy zjednoczenia
Wszystko zaciera się i syntetyzuje
A jedność iluzji odkrywa pierwotne źródło
Każdy zwrócony twarzą do ściany
Wyjawia kłamstwa, które nadają mu cel
Iluzoryczna orgia w euforii
Pustka obija się o pustkę
Echo tanecznego kroku
Strach i pragnienie
Strach i pragnienie
Samotność przetrawiona tłumem
Potoki słów mętnych twarzy i oczu
Łzy pozornej radości, unikatowe
Towarzystwo elitarne
Każdy pusty pojemnik
Ma inną fascynującą nalepkę
Jak zegary bez mechanizmu zębatek
Jak muzyka we śnie
2000


Dziecko

Prztulasz się bo uciekasz
Przed tym co kochasz bo boli
Bo każdy gest drażni
Każda myśl przytłacza
Jak miękkość puchu
Doprowadza cię do szału
Statyczność czasu w tym przytulnym miejscu
Nie była ci dana
Bo uciekasz przed tym co jest
Chcesz żeby było to co będzie
Tak na niby lepiej
Tak na niby inaczej
Ale wiedz że i tak nie umkniesz
Temu co pęta cię od środka
Nie wyślizgniesz się z macek
Dziecięcego lęku
Nie wyrwiesz się szponom
Brudnym łapom tego co było
Co będzie trwać w tobie
2000


For Wojaczek

Poleciałeś, cześć śmierci oddałeś
W chołdzie jej – świat poświęciłeś
Ludzie i rzeczy, życie
Czyli to co było tak
Rzeczywiście prawdziwe
Czyli to co uwodziło Cię
Dla czego
Zaprzedałeś
swoją
wrażliwość
Zgasłeś dla siebie
Żeby dopisać ostatni wers
2000


„W”

w czerwieni baby
w każdej babie tęsknota
w murze wilgoć
w mojej duszy pleśń
w oczach wilgoć
w powietrzu ciężar
w lustrach obcy
w świetle ślepota
czy taka też będzie następna noc
czy może nie dotrwam – błogo
zapadając się w kolejne „w”
2000


raz

Pierwszy raz piję w samotności
I stwierdzam
Że już przekroczyłem granicę
Właśnie tę granicę
Po której linii przejść bym
Prosto nie mógł
I tylko dręczy mnie potrzeba
Dobrego słowa
Ideałów, których jeszcze nie zdeptano
A które są dobre
Ja takich nie znam
Może ty znasz piękna czarownico
Co siedzisz w mroku z samą sobą
Może ty też jesteś ludzka
Czytasz książki
W swoim życiu czekając na cuda
2000


Examin

Zapytali mnie – jak?
dlaczego?
I po co?
Odpowiedziałem że: jest
Zapytali mnie – Co było?
- Co jest?
Co będzie?
Odpowiedziałem że
Nawet jeśli było
Nawet jeśli jest i czas jakiś
Trwać będzie
To napewno jest koniec
Oblałem egzamin
2000


Ciebie...

Jesteś tylko mgiełką
Rozmazanej niepamięci
Jesteś czernią
Wypłowiałą w szarość
Zatraciła się ostrość rysów
Głębia pytających oczu
Stała się błyskiem fajansowych kuleczek
Z porcelany, ze szkła
Niepamięć zagarnęła również
Twoją sylwetkę
Kocham tę niepamięć
Bo zacząłem pojmować
Ciebie jako relikwię
Święty znak
Ciebie jako tak
Ciebie...
I wiem że mimo iż święta
Stąpasz wśród innych
Ciebie niewartych
Niejednokrotnie dając im rozkosz
I wiem że mimo iż kształt zatraciłaś
Jesteś
Ciebie...
2000


Zapętlenie

Myśl
Że się zapętlam wewnętrznie
Przywołała uczucie
Że się wewnętrznie zapętliłem
Myśl
Że niosąc na oczach
Bielmo subiektywizmu
Widzę
Powołało do życia
Uczucie
Jedyności
Urodziło się pytanie
Co z mnogą resztą ?
Zgasło uczucie jedyności
Myśl
Płynąc synapsami
Od neuronu do neuronu
Zdechła jęcząc
Ego...
Pierwotna potrzeba zrodzona z lęku
Kazała zapętlić się ostatecznie
Czym jest mnoga reszta ?
Wielością jedyności
Wielością samotności
Mnogością potrzeb jedności
Czym jest ego ?
Słowem kamuflującym
Pojęcie źródeł, których nie znamy
Tłum myślątek przystanął sapiąc
Uczucie zagubienia
W którym neuronie informacja
O źródle – ja ?
Prostracja
Gwałt na danych danych
Kazał tworzyć nowe dane
Które wydmuchiwały się
Z potrzeby odgórnej tworzenia
Ź ródłem ja jest początek ja
Uczucie:
Ja zdeterminowało potrzebę
Sukcesyfnego myślenia
Asocjacje:
Antycypacja
Oświecenie
Rozpęka się to w myśl:
Koniec ja
Nie ma danych o końcowej danie
Wyniku sukcesyfnego myślenia
Potrzeba tworzenia:
Dalej, dalej !
Asocjacje:
Kontemplacja
Uczucie:
Dezorientacja
Myśl:
Samozapętlając się
Znaleźć koniec ja i początek
W jednym punkcie
Potrzeba tworzenia:
W sadzając głowę w odbyt ?
Myśl:
Myśląc
2000


Artysta

Bardziej malarz niż poeta
Bardziej poeta niż malarz
Mniej człowiek niż inni
Choć na pozór ludzki
Wierzący bardziej jak krześcijanin
Choć agnostyk
Medytujący bardziej jak buddysta
Choć wyzbyty rozumu i serca
Święty choć nihilista
Artysta
Artysta
Artysta
Tytan pracy bezdomny nierób
Pławiący się szczęściem
Wylewania łez
Taki rzaden
Artysta
Przekorny szczeniak esteta
Co szczęście odnajduje
Jedynie
W swojej rzygowinie
W wyprutych jelitkach
Ludzkiego bydlęcia
Ozdobionych kwiatkiem
Mdławego sentymentu
W kwadracie idei
W organicznej masie
Genialnego przypadku
Który zadecydował że
Ma być ponad, nie pod
Wyabstrachowany
Artysta
Artysta
Artysta
Porządek co go prześladuje
Po nocach
Na koniec zagląda mu w oczy
I kole
I kole
I kole
2000


Mur

Z jakiej materii
Mur w mojej głowie
Co nie pozwala zrozumieć istot
Czym będzie okno co powie
Jaka jest rzeczywistość
Czy nade mną sufit
Czy może podłoga
Czy może próżnia kosmiczna
Czym będzie mur i z jakiej materii
Gdy z perspektywy odległego lotu
Zpytam: po co tu?
I kto tu?
Czym będzie myśl i z jakiej myśli
Gdy z perspektywy odległej myśli
Zapytam: po co myślę?
I kto myśli?
2000


Marcel Duchump

Siła motoryczna
Wał napędowy
Głupota wsteczna
Mechanizm trybikowy
O precyzyjnej masie
W precyzyjnym czasie
W odpowiedniej konstelacji
O względnej komplikacji – widz
Homo kreativus
Nie mechanicus
pomyślątkał
i wszystkich w szachu uwidział
chrząknął po zasnął, zdechł
już na ostrzu
pustoty
2000


Modlitwa o boskość

Jesteś małpą mistrzu ceremonii genialny
Gorszą niźli szympans czy pawian boski
O wertykalnym uśmiechu
Bo swą szczerą chęcią gwałcisz ideały
Dla których
W patosie słów wielości
Umarł mędrzec
Który jak ty – niby
Stał na straży świętości
Więc błagam cię - zaśnij w czas bez słów
Zamknij więc oczy nie zdradzając
Obrazów swej nocy
Odwołaj się do tego
Co dźwięczniej niż początek woła
Otul to
Co poza całym twoim wszystkim
I błagam nie mów mi
Że inny lepszy jest niż żaden
Jeśli tego nie potrafisz
To sczeźnij
Jak mędrzec
Może sczeznąć
2000


Towariszcz

Budzić się w chaosie
I zasypiać w chaosie
Nie jest rzeczą łatwą
Najłatwiej jednak jest
Zasnąć we własnym łużku
Gdy obezwładni ciężki dzień
Towarzyszu
Dopiero kiedy zrozumiecie
Jak po niewczasie
Że przegoniliście noc
I nad powiekami panujecie
Towarzyszu
Wtedy pojmiecie
Że gdyby ludzie byli
Tak wielcy jak ich myśli
To świata by nie było
Towarzyszu
2000


Notatka

Notatka w notatniku wyblakła
Bo to tylko ona zapisana była
W zbrodniczym byciu paru wersów o niej
Słowach co były dla niej o niej
Jak była w swoim namacalnym bycie o tej
Którą w stanie bym był tylko by być
Gwałcić całe to jej bycie
2000


[Brzdęk]

Grajki grają długo i cicho
Umiera melodia
Ze stukotem obcasów
Samochodów
Adidasów
Wybijając rytmiczny marsz
Na cześć
Więc najśliczniejszy stworzę
Wiersz
No wiesz na cześć
Tych niewartych nas
Tych wartych nas
Tych paru groszy
Co przypadkiem wypadły
Przez dziurawą kieszeń
I potoczyły się
W stronę kapelusza
Nieszczęśnie
Nieudolnie
Przypadkiem
2000


poemat długi
o tym
jak na mnie nie patrzyłaś
kątem oka
w spelunie karaoke
wyglądałaś
jak taka jedna aktorka
na myśl o której
łza kręci się w oku
że nigdy
nie będzie moja
tylko tych wszystkich
którzy jej nie spostrzegają
zrodzone z kobiet
całe wszystko
pusta szklanka – pełna
spojrzenia skrzyżowane niby od niechcenia
milcząca szminka
ciastko
i ta cholerna obrączka
zgiełk i chałas
może to zwykły pierścionek
brzdęk szklanka
chlupot upojenia
łyk zapomnienie
pełna samotność
wypełniona tłumem
pusta szklanka
MTV
wiecznie szczęśliwi
ludzie
wiecznie utrapieni
skończonością drinków
kobiety idealne
wiecznie pełne
macierzyństwem
mężczyźni polujący
na zatracenie
pusta szklanka
mdławy dymek
2000


sztuka ulicy

podchodzę do grajka
by pozbyć się drobnych
a tam zamiast miseczki
studnia bez dna
tym człowiekiem był ślepiec
potem
pyta mnie człowiek:
książe nie poratowałbyś drobnymi
bo zbieram na wino?
Wyciągnąłem drobne z kieszenią
Coo? Ścisłe kieszenie
Odpowiedziałem: troszkę
Dalej staruszka babinka
Z kwiatami żółtemi
To ja poproszę kwiatka
Ile sztuk?
Piękna polszczyzna
Myślę sobie
Pięć.
Dałem pięć zeta
A ona liczy uparcie
Więc zajarałem szluga
Po pięciu minutach
Mówi – spasiba.
A te kwiatki to
Dla matki polki
2000


Ja?

Jestem tworem fluktuacji
Ruchu mas pewnych zmian i zależności
Jestem fermentem narzuconego sobie porządku
I spontanicznej swojej próby antycypacji
Jestem strukturą, która nieustannie pęcznieje
W nowe pojęcie
Których źródłem jest myśl abstrakcyjna
Tam źródło i początek
Wszystko to poleci w czas
W czarną odchłań konstrukcji mas
Zniszczę tę strukturę i wiele innych
Zmiażdżę to co teraz i tak bezpiecznie jest
Logicznie i sprawdzalnie empirycznie
By stworzyć to
Co sprawdzalne metafizycznie
I rzeczywiście
2000


Tam

Rozniósł się wydźwięk
Rozgłos, echo rozbrzmiało
Odgłosów odchłani
Z jaźni rozedrganej
Gdzie przystań, gdzie nadzieja?
Gdzie brak czasu i przestrzeni?
Zaklęta w materii
Granica imaginacji
Zabliźniają się rany
Po wszelkich próbach zerwania więzów
Spięcie w czas
Więzów stalowych mechanizmów
Tarcz z cyferkami
Zębatek ze skrwawionymi zębami
Duszność powietrza
Odległość osacza
Przestrzeń i ciężar ciała miażdży
Przygważdża
Okrada z oderwania
I tylko łzy smakują lekkością
Gwiazdy kołyszą w ciemności
Szum unosi szeptem
Czuć że nerwy kończą się
Na opuszkach splatając kroplę potu
Drży mięsień, serce pompuje
Życia chęć odlotu
Przeciągłe łkanie – dlaczego
Niczego poza tym że oddech
Odpływa i wraca nie czuję?
Czuć co jest tam i tu!
Próżnia drażni zamknięta
W wewnętrznym rozerwaniu
Poza mięsistą strukturą
Poza wewnętrznym strzykaniem
Poza dźwiękiem jelit i płuc chcę być
W pustej lekkiej zabójczej
Czerni bez oporów
Z lampionami słońc
Z meteorami i księżycami
Z mgławicami puszystych pyłów
Reakcjami kolorowych gazów
Cząsteczkami, planet masywami
W gwieździstych morzach
Z absolutnymi istotami
I poza tym wszystkim
Dławi krtań dusi
Chrzęst kości
Milczenie powiek
Nic poza czasem i przestrzenią
Tylko tu w przełknięciu śliny
W pociągnięciu nosem
W ciężkości ciała
Stup ścięgien napięcia
W rzepkach i stawach
W tłustych fałdach
O skórze i wodzie
W minutach i sekundach
W kilometrach i metrach
Jaźń spętana
Chlupotami cielska
Tym polem i tym niebieskawym
Nieboskłonem
Do ziemi przykucia
2000


Łzy

Dziś zawładnęły łzy dziś boli
Dziś indianin miał słoną twarz
Spłynął w krzyku
Związany na wieki
Nie ma znaczenia połowiczność
Nie ma bólu nieświadomy
Samotny
Spłynął
W otartych łzach zjednoczenia
Dziś tantra
Dopiero jutro doceni
Zieleń bez czerwieni
Dopiero jutro
Czerń bez bieli
Smoła włosów lekko otuliła
Dopiero potem rezonans
Na końcu żal
Koniec tęsknotą
1999


Mandala

Rozdają dziś w radiu wolność
Bo nie ma dziś już ziemi niczyjej
Bo też poetów już nie ma
Śmierć z życiem tańczy dziś w parze
Uzurpator wzszedł dziś błękitem pełni
Boskość pozostała zachodem słońca
Bunt się skończył
Rozwiany wichrami nadzieji
Bo tylko krutkie loty radykalnych
Odnalazły się w racjonalnej wizji
Złuda podbojów
Rozbili moje stado
Skąd miałem polecieć
Gdy gniazdo zniszczyli
Jeszcze mam świadomość wspólnego
Jeszczem świadom
Największego kręgu żywiołów i dusz
1999


Ulica

Spacerkiem chodu
Byleby nie słyszeć gwaru ulicznego szczęścia
Przydrożnych ulic
Gnam uczuciem
Pogorzelisko kontemplacji
I tylko obraz
Tylko ramy spostrzegania
I mam i widzę
Posiadam i chce
I uciec od pragnień
Pożądam ją mam
Nirvany nirvany
A co to?
A co to tak gna?
1999


Żłuda

Oczekujemy większych i jeszcze większych prawd
Aby uszczęśliwiły nas na wieczność
Nowy symbol każdemu wydarzeniu
Każde wydażenie wielokrotnie powielane
Aby uniesienie trwało i trwało
U sklepienia
U nowych rajów nie do zdeptania
Nasze ciała jedynie środkiem
Nasze yntelektualne odloty
jedynie środkiem
bogowie środków
ceremonia uczczenia
uczczenia wymyślonej metafizyki
kochanki boga aby lepiej je znosić
matki boga aby lepiej go znosić
sworzone warstwy dogmatów
odrywają nas od jądra
parzącego wszechwiedzą
zbyt bardzo boją się bólu
strach oddala
boją boją
zaklęci w pierwotnych rytmach zjednoczenia
oddajemy się żłudzeniu
największemu świata
żłudzeniu świata odrębnego
1999


napatoczył się pub

nikt nie jest kretynem
nikt nie lubi samotności
każdy pali świeczki
na grobach nieznanych
i zawsze ona
i tylko ona
i zawsze
do piątku okiełznana
ten pan ją poznał
i ukazał szczęście
ja wczoraj i po po jutrze
filmy z heppy endem
zawsze świeczka
i gwałt i zbrodnia
1999


Roz Waga

Uścisk dłoni warstwom ludności
Kiedy mają sympatyczny uśmiech
Szczerzą zemby przerwami szczerbate
Wtedy kocham
Kiedy dziś chciałbym tylko
Zaspokoić podstawę bytu
Czuję głód
By potem tworzyć
Dotąd niezapisane
Potem zielony pusty horyzont
Zalany twarzami ze znakami pytania
Wyrytymi na czole
Dywan grymasów
Jeszcze kolor niedostrzeżony
Kolor jeszcze nieodnaleziony
By potem ulatywać znowu i znowu
Wielokrotnie wzwyż
Ku wierzchołkowi wierzy babel
Z pewnością pusty
Nasz lęk wysokości
Wielkie pełnie
Opętanych osobowości
Nie istnieją myśli nie zapisane
Nie istnieją nie usłyszane
Więc wydrzyj się krzykiem
Prawdziwym
Ale waż siebie na metafizycznej wadze
1999


Ciepły pomarańcz

Ekspansywność kwadratu
Poznania świata
Indywidualne przyjazne koło kultów
Stawione w jedności
Boją się nocy ludzie zagubieni
Boją się niewidząc
Za dnia widzianego
Sztuczne światło latarni
Bije chłodem
Sztuczne światło latarni
Ludzi złej karmy
I też to moje lampki beznadzieji
Słońce rozgrzewa ciepły pomarańcz
Niech trze dobre ścierzki
Światło ginących kultów
I wielkie flagi uwiecznione stada
W kręgu deszczów złości
I gną rogi figurom
By swoim światem panować
1999


Jabłuszko
Siłę którą widzisz
Tylko przekupnym kłamstewkiem
Twoje ślepia nirvany
Zagubiłem się nieco
Chciałbym Cię bliżej i bliżej
I Jesteś
Wymarzony dom
Z otoczką wartości
Namacalnego piękna
Nie zdejmę już koralików
Czerwieni
Czerwień płatków kwieci
Lotosu Twej duszy
Lekko stłamszonej w niewierze
Jabłuszko już dawno
Wynik nadzieji
W smogu mego ja
Związani szczerbatym szwem
Osamotnień
Bliżej i bliżej
W moich słowach puenta i morał
Płynący z pewności
I dziś i za kilka szczęśliwych lat
Będzie ktoś kto ufa
Zaufałem ludziom i nic nie tracę
Świadomośc ogromu świata
Przytłoczyła zanadto czerwień
Demona uśmiechu
Wszechświat wydziera się na Ciebie
Za strach
Hieroglif nieskomplikowanych uczuć
Ludzie nieświadomi
Pędzący chwilami
Zdaje im się świat
1999


Slowian

Powroty w sjelankę każdowo radują
Gdzie slonecko i kwiatek
I mama i tata i babcja i dzjadek
Salone storse rodzeństwo
Co pije i pali
Co gwałci sumienie
Co konia wali
Co twoze organów ujzołeś prawdziwe
w rodzinnym domostw na litwie
co polskę kochołeś
jak mak na łonce
co potencjął intelektu poznołeś
jak ptok na niebie sje bieloncy
i brawo
i wzorce poznołeś
ludzi w nie zamknołeś
paznokci nie obgryzołeś
nigdy nie daj bóg
nawet nie zacołeś
1999


nonsens

włosy skute sianem
w niebezpiecznej krainie
gdzie bezsens tudzież nonsens
też na pułeczce uporządkowany chaos
nierozumiem?
Ja też intuicji natchnienia przekazu
N i e r o z u m i e m
Kołtun dredów splątany
Na nosie druciaki zamyślenia pozory
Kiedy w głowie pusto
Pusto gdy najwyżej
Bezsens tudzież nonsens
Najwyższa z prawd czasem
A ty upożądkuj rzeczywistość
Ponad rzeczywistość
Jaśli wizję masz
Klarowną i soczystą
1999


Mordy

Postaci których nie mogę sprzedać
To Ona to wszyscy ludzcy ludzie
Którzy zatracając się odkrywają dużo
Gdy mordy spleśniałe dookoła gdy martwe
Żaden ludzki świat
Żadna myśl kolorów
Których się nie sprzedaje
Nie jest ponad innymi światami
Żaden ja żaden ty
Nie ma innego
Gdzie plączą się gałęzie
Gdzie gąszcze i zgliszcza sensu
Nawet artyści żyją ludzko
I oni orientują się zbyt późno
Gdy lica serdeczne
Gdy twarze jowialnie otwarte
Też ci się wydawało
Że przebieg wydarzeń chorych
Które zaginęły w czasie
Dał ci dużo
Jak dużo za dużo myślałeś
Nie chcą żyć sobą
Mordy ludzkich zmarszczek
Gównianych doświadczeń
Gównianej wiedzy
Gównianych początków
Młodzieńczej wizji pogardy gównianej
Którą pogardzam
Starsza pani co wie że wie
Wieczni cierpiętnicy
Przecena krzyży
Nasz krzyk
Nasza ręka z odchłani nicości
Nasze mordy
1999


Magowie

Przewodzą całym światem
Magowie dusz zaklęci w swej charyźmie
Panują gówno warci
Czasem przewodzą czasom
Siędzą nam na czaszkach
Stan nieobecności
To ktoś z zewnątrz wszechświata
Zaklęci w nicości
Gówno warci
Zaklęci w niewartości
Nie twórczy nihiliści
Ulatują w dno
1999


Tany wodzy

Fatum pierdolić
Rozbrzmiewać w teraźniejszości
Bezpośrednio być
Wiecej tańczyć pojmując
Brnąć w zdecydowaniu
Przez niewiadome nocy
1999


Dużo za dużo

Kiedy widzisz te samochody
Jeżdżące kołami do przodu
Czujesz że oczy ci świdrują
W rytm kół
Parking strzeżony nieoczyszczony
Po deszczu po burzy po wojnie
Plakaty też świdrują
Umysłem panują
Artystyczne wystawy
Śmieszne wpływy reminiscencji
I okna i bloki
I dużo tego za dużo
Szkice flamastrem
Śmieszne wpływy różnic
Proszę o papierosa
Hipnotyczną panią
I tak byś chciał
Dużo za dużo więcej
1999


Unikat

Nigdy jutro ona będzie
Ona będzie moją
Nigdy ząb za ząb
Zawsze taniec
Serca bicia rytm
Ludzkie pierwotniaki
Duszy otwarcia
Jest jest jest
Wartość słowa formy
Nieustannego spostrzegania
Kochania mocnego
Ona będzie moją
Choćby nie wiem co
Choćby czas
Choćby zegar bił w tle
Kiedyś pięknie zawsze
1999


W cokolwiek

Wiara to urzeczywistnienie
Wiara to sprowadzenie do ludzkiego wymiaru
Doskonałości
Wiara to pewność pytania
Wiara to zaufanie danej sobie odpowiedzi
1999


Dąb

Może ktoś powie że mam kamień nie serce
Była noc już
Późno
Księżyc jaskrawo przypiekał w chłodzie
Lunatycznie patrzyłem
Kopałem
Ten wieczny grobowiec
Nie czułem bólu
I ciało jej obok
Jak co dzień
Późno
I ze spokojem patrzyłem
W blady punkt
Niezły sztynks
Niezły smród był
Zwieracze puściły
Może ktoś powie że mam kamień nie serce
Ale gdzie ból ?
Gdzie nie ma
Tam dobrze
Ze szczęściem poszła
Ostatni raz spojrzałem
Ugłaskałem w łagodności
Dość chłodno była
Zakopałem
Jak fundament zalałem
W lodowatej codzienności
Księżyc jaskrawo przypiekał w chłodzie
Doświadczyła w pełni
Życia
Koniec i początek
Teraz gdzieś pośrodku
Może ktoś powie że mam kamień nie serce
I Dąb teraz
Teraz tam wyrośnie
1999


Kęs

Wszystko nas gryzie
Nerwosolu niektórzy
Niektórzy nie
Przeistoczenia
Istota rzeczy
Gryzie gryzie żre
Chciałabyś
Chciałabym
Chciałbym nie
1999


Dyzyieci

Wesołe dzieci autostopowiczów
Zwyczajne podróże
Poza horyzontem widnieje cel
Droga kwitnących drzew
Wszystkich ludzi
I kwiaty też kwitną zwyczajnie
Puki ja cię niewidzę
To też mnie nie widzisz
Zabawy w chowanego
Wesołe dzieci autostopowiczów
Dla świata się narodziły
I morze jak dywan
Perskich zawijasów
Ulatuje niebieski mórz
A tam na górze w niebie
Pustka
Obok nasze wyobrażenia
Amorów pełne chmury
Białe kłęby dymu
To bóg zapalił blanta
Nie dodawajmy walorów szarości
Zwyczajności to nie niezwykłości
Cyniczne dzieci autostopowiczów
Dźwigają walizy
Pędząc po przygody wspomnień
Rzucają kórwami
Jak wszyscy porządni ludzie
Dlaczego „kórwa” ? pyta ktoś
A kuku!...
I biegną po olimpie
Naziemnych bóstw
Przeklinając naiwność tłumu
Wesołe dzieci autostopowiczów
Walą uśmiechy w zakłopotaniu
Przecież nie ma śmierci
A gdzie byłem jak mnie nie było ?
Wszędzie
Wszędzie
Poza horyzontem
Widnieje cel w drodze
Autostopowicz
1999


On i ona

W okowach namiętności
Strzaskany rozbity wewnętrznym krzykiem
W sztuce tragicznie zakochany
Tak nisko w dół spada spada spada
Człowiek by stwarzać ludzie by strważać
Spudnica zawiłych kształtów
Rozsądne kroki racjonalnej
Stępa ukradkiem
Ukradkiem rwie się
Tak mocno chciałaby mocno pragnie
Porząda tak silnie
Uwidzieć rozświetlić innym
Swoją swoją pieprzną wyobrażnię
Tak nisko w dół spada
Człowiek by stwarzać
Ludzie by strważać
Sztywny krok pewny
Mocno na ziemi stojący
Szerokopleczny
Ulatuje wyniośle spętany myślami
Idzie idzie pędzi
Tak mocno chciałby tak mocno pragnie
Uwieść pieprzną istotę
Istotę wszelkich rzeczy pojąć
On iona tak mocno
Zapisani w boskość
Człapią każde w swoją stronę
Za własnymi potrzebami
Tak nisko w dół lecą lecą lecą
Człowiek by stważać
Ludzie by strważać
1999


Siafku

Tworzy ludzi
Spełniając ich marzenia
Zaślepieniem uroczych widzeń
Wielkości światła pięknych rzeczy
Niewielkich małych
Czuje ponad Siafku wariacji
Kobiecości uścisków dłoni
Spudnic
W fałdach się ich delektuję
Madonny cnót
Butelki tanga
zeszłej nocy
puste
moja dłoń Siafku twoja
to aż chwila
dziewczyna wielkiej siły kobieta
tworzy ludzi
orientalna przestrzeń myśli
neonów miast
wspomnień żywych
umarła mi matka zeszłej nocy
Siafku
Gotyk przeogromu
Mistyczność twoich istnień
Jedności
Wielkiej fali portretów
O tam idzie
O tam właśnie Ona
To Siafku czerwieni
To aż chwila
To aż chwila zakochania
Przytul się
To tylko ja dla Ciebie
Znalazłaś otulenie
1999


Tytłuł

Bezpamięci zaistniał świat
Zamierzchłych czasów
A pośród mrocznych jaskiń
Błąkał się człowiek
Człowiek stworzył sobie wiedzę
Mnustwo rzeczy tych to stwórców
Gówno było warte
Pewnego niezapisanego dnia
stworzył gówno wybuchowe
rozbłysło kopułą pyłów
w unicestwienie zapatrzony był ludź
błąkali się zatraceni
przetrwali indywidualni obcy reszcie
świat swój budowali
urzeczywistnili idee
bez ognia i bez piekieł się obyło
na lejach końców
rozkwitły kolory
wiosny człowieczeństwa
i dobro przestało isnieć
i zła już nie było
pośrodku neutronu explozja miłości
bezpamięci zaistniał świat...
1999


tytułył 2

bucham kontemplacją
i rzucam szeregi słów
kilka minut wstecz
to samo chciałem rzec
matematyca poraża wzrokiem
logika koszmaru
toż to podstawy dla plastyka
ha ha
i cóż funkcja ta pani psor!
Chciałbym wykreślić sens istnienia
Kontków
Błysk tęczówek niepojęcia
Wyskoczył
Poza ramy
Maszyna szuka
Bucham kontemplacją
Pewnych ram
Szeregów słów
1999


Tytułł 3

Nowe czasy nadchodza wszechczasy
Dygresje telepią się
Koncentracja niemożliwa
Uciekają puenty niesformułowane
Czas lyryk wszechistnień
Pogłębia się w istnieniu
Pojętym szeroko wzglednie
Niesprecyzowany- ja
Kształtujący się na nowo
Bo rytm mnie nie cieszy
Czy chaos niezadowolenie
Czy egzystencja to cierpienie
Bo zło do zachamowania
Analyzuję podstawy swojego bytu
We wspólnym
Dygresje
Bez centrów
Rozrzucenie
Nie źle pojęte
Nurzanie się w płytkości
Nie myśl żle czuj jakkolwiek
Interpretacja
Zawsze słuszna subiektywnie
Obyś cieszył się z wewnętrznej muzy
We mnie rozgraniczeń kilka
Pobiegną w marzenia
Ulecę w pejzaż
Bez punktu zaczepienia
Nie czuję tego syntetycznie
To niezbyt jasne sprecyzowanie
Ma pomóc w radości
Łatwości czytania nielogik cudzych
Zafajdanych przekonań do podważenia
Dygresje
Wieszczy puenta powtarzalności
Czytania prostoty
Nie mesjasz również doskonałość
Lecz tłamsi
W dzikim nieprzekonaniu
Znów o sobie rozprawiam
Wnętrzu prostokątnym
Klaustrofobia
Wy podobni mi
Ja podobny wam
Bez końca sobie bądźmy
Na razie...
1999


Kobieta

Cała 9 symfonia o tobie wczoraj
Nieprzespana zieleń koszmaru nocy
Tęsknie po Tobie
Za mało Ci daję
1000 herosów dla ciebie
nie ja
miłość dla Ciebie ode mnie
szczęśliwie trafiło mi się życie
przy tobie przez chwilę
za mało ci daję
tak trudno ogarnąć
kobiecych oczu grecji odlotów
Siafku czy Ty i ja?
Szaleństwa odrobina
Bądż niech Jesteś
Potwierdzasz kocham?
1999


Idę

Wychodzę przez te drzwi
Nie inne tylko te
I już nigdy
I więcej nigdy już
Może kiedyś
Szczerze wątpie
Nie licz na to idę
I nie ty
Ja sam z sobą razem
W świat wychodzę
Mam co jeść
Idę sobie
Żegnaj cześć
1999


Wielkie dzieła

Wielkie dzieła
Kolorów tęczy odblasków
Miłości doznań potrzasków
Wielkie dzieła
Integracji picia pyfka
Dla ludów ta muzyka
Wielkie dzieła
boga upadku
sumień senników
wielkie dzieła
różnych spostrzeżeń
kultur wschodu wierzeń
wielkie dzieła
to dla was gramy
to dla was egzystujemy
wielkie dzieła
wschodów słońca
początków końca
wielkie dzieła
napij się ze mną wódki
wspomnień wrażeń setki
1999


wafelek

wielka mała powieść moich wierszy
autopsji wydarzeń bezliku
głęboko przeczutych doznanych
psychoanaliza
słowa piszą się wrażeniami sekund
słowa wizualizują się
zakamarki poznania jedności
kiedy wchodzisz w to
niemy kontrakt zawierasz
transakcje manipulują- to ja się kształtuję
i pustą wiedzę wtłaczając
zabijają instynkt twórczości
i dobro otwiera okna
i duszności zawieje ulatują
zdrowiejesz radości dojżewasz z życia
zieleń rozkwita
w dłuzyźnie zegarów bicia
a gmach ten upadnie
co sprawiedliwości narodu
na ławach prezentuje
ten i inne z hukiem upadną
w boskośc narosną ludzie
klonować miłosierdzie zaiste w swej naturze
potrafią
prawość przewróci nałogi spełnienia złudzeń
naiwni powalą radykalnych
mistyczność się gubi
w zakątkach słów majaczeń – jest
autopsji wydarzeń bez liku
uczucie
1999


Tytułuł 4

Znów wstając wcześnie śniąc
Widzę cię nagą pod baldahimem
Nic nie mam do życia
Gdyby tylko ludzie umieli być
Doznania przeszłości pieszczot
Rozpinasz skrzydła w świeżości
Utracę życia kawał sensu
Gdy zniknie zieleni toń
Zabiorą mi usta moich widzeń
Nietrwałych betonowych przeświadczeń
Snów przelatują świetności
Mgły nalotów obrazy
Pasmo cieni światła
Kobieto sadyzmu zanikam
Lekką dłonią sprawiasz aureolę
Mijają ulice portretów
Automatów katastrof
Do czasu kiedy znowu cię zobaczę
Miną wieki koszmarów
Dla ciebie aktywny sen
Czerwieni rozkoszy
Znów wstając wcześnie
Zastałem poranek
Do życia nic nie mam
gdyby tylko ludzie umieli być
1999


new

uparcie czekam czekam uparcie
na Eden przy stole
świec kilku zgasłych zszarzałych
w braku światła
zabić się jest najłatwiej
w ciemnościach Narcyzja
znalazłem odnalazłem się w oczekiwaniach
sztuka zmieniła formę
forma nie znalazła się w sztuce
na małą skale oświecenia
nie bójmy się ogromów ludzie, ludzie, ludzie
ludzie przeolbżymi
wrota grobów przed nami otwarte
to szczęsćie szczęście wielkie
świece zgasłe
krzyż znak mój firmowy
wielka idea przestrachów achów ochów
rozbłysła w chwili piękności
monotonia kiedy
Eden siedziała przy stole
Świec kilku
Rzażyły się jeszcze świeciły
A kwiatów przybrały postaci Lotosu
Księżyc monet ożełków reszków- los
Tak zrządził zrządził mówią ludzie, ludzie, ludzie
A ja uparcie czekam czekam uparcie
Przy stole
Narcyzja
1999


Tytułuł 5

Spruchniała twarz minionych
Rzeźba agresji czasu
Zmarszczki wyrazistości
Charakteru
Ukształtowany przez jasność
Zrozumienie wielkiej machiny
Głęboko bijąca rytm
Wzlotów
Muzyka kontrastów ciszy
Przenikamy
Razem z wami my
Wybuchy śmiechów radości
Przeliterowana prawda cicho brzmi
Starzejemy się o młodzieży
Sztuka wernisażu
Zebrana
Kuliminacyjna chwila
Popijania drinków
Podziwiania sztuki czasów
Przelotnych romansików
Romantycznych miłości
Nie do wytrwania
I te twarze ulatujące
Kicz
Klimat ogarnia nas porwaniem
Rytuały
Dziewczynki i chłopcy
Ogłaszam wszem i wobec
W tym syfie
Szczęśliwie płyniemy
Przemijając ku radości
Wasze uśmiechnięte twarze
Oczom się jawią
Cała ta otoczka Farb pociągnięć pędzli barw
Dla empiryzmu życia
Kórwa ostrości
Odczuciom się poświecamy
Szerokie problemy
Oby zdefiniowanej miłości
1999


Tytłuł 6

Esprit wyłania się z dymu intelektu
Nie do końca zbłądził
Ten kto nad ręką panuje
I wskrzesza przyszłe stworzenia
Jeszcze kiedyś krzykną i zerwą nałogi
Jeszcze rewolty czas nadchodzi
I cóż to że extazy spalonych twurców
Nie te same
Nie równie ciekawe
Lecz są i będą
Do końca przetrwają
Miliony więcej możliwości
1999


Tytłuł 7

Cóz za cel postawił sobie
Wspominający
Przeżyć doświadczeń expresjonizmu
Dynamicznego
Czemuż ty chcesz
Wystawić na piedestał ego
Wiele stworów
Czeka na obdukcję
1999


Do Niej

Siafku nieustannie jesteś
Nieuniknę cię kochanie
Bo ogarnęło mnie uczucie
Którego dotąd nie znałem
Każdego ranka twoja twarz
Niewyspane słońce to wszystko
Co piszę to wielkie rzeczy dla mnie
Nie jestem w stanie ubrać tego w słowa
Mam cię przed oczami
W całej twojej krasie
Niewyspane cudne oczy
Niezgłębione nie do ogarnięcia
Przestaje istnieć czas
Kiedy na ciebie czekam
Czekam zawsze
To uczucie dla wszystkich
Tak mocno serdeczne
Kocham cię ! kocham cię ! Siafku
Tak wszyscy powinni
Lecz nie
Chcę cię objąć pragnę cię
Tak mocno cię pragnę Siafku
To małe co piszę to małe
Tak dużo tego we mnie narasta
Oczy twoje usta
Tak wzniośle patetyczne
Patetyczne to co piszę
Lecz to uczucie Siafku...
To małe co piszę to małe
1999


Tytłuł 6

Wielka przestrzeń
Wszechmigających świateł wolności
Jak dobrze doświadczyć istnienia
Gdy ktoś zapuka do twych drzwi- otwórz mi
Żażę się szczęśliwością
Przeszłości zdarzeń jaskrawością
Się jawiących wspomnień
Radość
Drepcząc w miejscu
Poznać każdy zakątek
Mistyczne księżyce zniknęły
Jestem
Gdy ktoś zapuka do twych drzwi- otwórz mi
Taka wielka przygoda
Duże dawki życia
Bez ograniczeń
Odlatujemy dzikością
Wielka przestrzeń
1999


Szczyt

Wysoki szczyt miasta niczyjego
Bije szarzyzna nudy
Pędu za pieniądzem
Przecznice ulice skrzyżowań
Przyżwoleń
Nie etycznych
Zgubiony między budynkami
Szczytami wierzowców
Latarnie nadzieji
Z dziwkami pod różem światłości
Kochane zaprzedajki
Oddające charakter miasta niczyjego
Przecznice ulice skrzyżowań
Nieznany tego brudu inicjator
Nieczyste jego intencje
Kórewskie
Lecz tłumu falą porwani sami biegną
Niezdolni do przystanków
Rozsądku zdrowia
Nie ma wolności mówią
Patrząc na szczyt miasta niczyjego
1999


Tytłuł 9

Trywialny to czas banału
Umysł odpływa w chwili
Sytuacje ogarniają nas
I przewyższają zdawałoby się czasem
Zatopieni
Uniesień chcemy
Wielkich uniesień
Trywialny to czas oczekiwań
Panie nic pan tak
Nie wskrzesisz
Tak balujemy
Obrazem obcym
Nie doświadczonym
Na kanapie sporzyć
Browarów jeden
Banału to czas
Zgubiony człowieku
Ascetą nie brnąć
Nie brnij boś ty
Wegetujesz ech
Trywialny to czas banału
1999


Tytłuł 10

Pojechałem myślami daleko
Niewiadomo gdzie
Niewiadomo skąd
Tam gdzie tworzy się mój świat
Uciekam myślę że doświadczenia uwidzę
Krasno pastelowe
By nasze życie było wspólne
Żeby nie tylko mnie
cieszyły mażenia
wrażenia poważnych sytuacji
niebezpiecznych transakcji
1999


Zaspaniętam
Sennośc ospałością
goni zaspałe litery
natchnień nocy
ciemnych okrutnych wizji
partaczeń
tak brutalnie w rzeczywistości
zasnutych
sny objawień
godziny dwunastej
rekolekcje sumień
w szkole dla
zmaterializowanych plastyków
nie ideaów
jak żadko który
artycha czasów minionych
witkiewiczowskich
wpływy nocy senności
i śnią i spać
gnają zaspane oczy senności
zaspałością poganiacze
1999


Tytłuł 11

Opuszczę was dziś
mogę już podobno iść
nie wiem nie ważne gdzie
mażenia nawet opuszczę
wywalili mnie za nic w sumie
zawsze za wami przepadałem
ale dziś dogonię życie
dzisiaj siebie odnajdę
zagubię was
warto stracić by zyskać
jestem hamem i prostakiem
tak łatwiej bo tak chcę i już
puszczę was dziś
mogę już podobno iść
1999


417

wieczór był pachniało wilgocią
spalinami i wieczór pełen neonów
impresjonistycznie rozbity
świetlistymi kroplami deszczu
łuski się poturlały w ostrym brzęku
obok mnie na ławce przystanku
najzwyklejszego czerwonego
usiadł facet kruczo przybrany
w mroczny przyodziewek
włosy zdawały się rozmywać
w czarny płaszcz białych pasm latarni
wyciągnął jaskrawy pistolet
włożył sobie do ust
najzwyczajniej jak papierosa
oddał strzał i upadł
na krwisty już kamień
warszawskiego chodnika
nacisnął spust
łuski brzęk ich zagłuszył huk narodzin nocy
bo oto wzszedł księżyc
autobus mój autobus czerwony 417
w biegu pochwyciłem broń
jaskrawo różowy pistolet
i deszcz padał dalej
1999


Zaraza

Co będzie gdy prefekt
Ogłosi epidemię
Czy z twoich ust ubędzie gniew
I naraz krzyk i więcej ból
Na skrzyżowaniu
Padnie ci ofiarą
Twoja miłość
U stup twoich zarażona
Czy może każde niebiosa
jawią ci się olimpem
po ziemskich igraszkach
trup twój przyozdobi kwiat
smutku łzę pokryje radość
gromnicą na cześć osmolona
Bóg ojciec czeka by egzekfować
Wszystkie grzeszki
W ciemnej sali tortur
Co będzie- ogłośi epidemię!?
Cóżna to ty?
Wyobrażenia
Przeźroczystej nieuchwytnej miło...
Cóż na to ty?
Rzeczywistość?
Ciężka okrunie rzeczywista
Neurologiczna rana
Głęboka otfarta
Pełna twojego cierpienia?
gdy gnijesz w zarazie
a gdyby nic?
1999


Undergrunde

Został jedynie wątpliwy powab
Kórw z podziemia
Palących papierocha za papierochem
W maskach
Przeinaczonych potworności
Kobiety
Rozedrganych uczuciem
Poddające się potężnym
Urok instynktów obnażenia
Nie ma
Nie ma
Nie ma
1999


Fiksatywa

Podchodząc zwiewnym krokiem
Do kobiety o oczach
Szklistych jak łzy
Wpadających w drzewisty chropowty brąz
Wtapiając się w jej rytm
Oznajmiasz że jest piękna
Zaślepiony jej urodą
Nie spostrzegasz kropel deszczu
Rozwiana zalana odchodzi
Ucieka pod wrażeniem
Oczywistej konstatacji
Wzdłóż torów pociągu do nikąd
Powiewa wicher za nią
Zauroczony siłą
„ ducowej amazonki
z metafizycznej krainy ”
wtapia się w niezachwiany horyzont
chwila uleciała
piękność zapomniała
o oczach szklistych jak lustro
pozostał tylko
abstrakcyjny pejzaż
zieleni i czerwieni
i ty żeś w niego wsiąkł
jak fiksatywa
1999


ten pan skoczył proszę pani!
co on myślał nie wiem- mało chyba
w oknie z papierosa dym ku górze leciał
a ten pan
w dół
tak nagle
spadł
proszę pani!
kilka okien minął
słyszałem tylko- głuchy dźwięk
może zajrzał w któreś?
mrugnąłem okiem tylko
proszę pani!
a temu już duch ulatał
ten pan nieznajomy
śmignął tak w dół
wie pani
tak nagle
objął mnie strach palcami
wypadł niedopałek
cóż to za dziwna poza
kiedy śmierć nadchodzi
a on proszę pani
tak szybko
jakby ważną sprawę miał w kolejnym żywocie
i on tak
proszę pani dynamicznie umarł jak żadko który pan
lub pani...
1998


statua

statua extazy
zesztywniałe członki
przygrzewa mróz w mym tańcu
kręcę się chłodny
statua extazy
rynsztok jak ze snów o średniowieczu
dyskusja spada w dół to głębokie rozmowy
o moja extazo
hej tańcz ze mną
w kółko kręć się
świateł pięć choć jedno
stoisz, patrzysz, jesteś
spokojnie w extatycznej pozie
dobrze ci nie ruszasz się
nie tak spokojny jak ty- ja
proszę tańcz
ty tańczysz extazą ze mną jesteś
taniec stop
o moja extazo- gdzie?
1998


exhibicjonista marzeń surrealnych

piasek wielu sahar
bezmiar wód dokoła
i słońca dziwnie dużo
gliniana cegła domków
przeciemnych w swej karnacji
tubylców dziwne! niespoconych
czarnuch brew podnosi
lekko oko by potem
spuścić lekko powiekę
i móc rzec to Bob Marley przecież jest
błazeński rytm szczęśliwych dusz
piękny czarnuch
rozdaje dziś szczęście
w tym barze na plaży nieznanej
kosmyki długich strączków upadły mu na czoło
wtem wrzasnął
hej! czy widzisz czasem sen
1998


kwiatki ja

wącham kwiatki a jednak palę
kocham cię sypiam z innymi
jestem sobą niemoralnie
inaczej mówi mi sumienie
nienormalny ja
nienormalny ja
trudno pokochać mój świat
jednak jesień jest
a ja cieszę się żółciami
wącham kwiatki
sypiam z kobietami
nienormalny mówisz
nienormalny ja
nawet sztukę z tego robię
inaczej mówi mi sumienie
1998


show time

dzianks otacza mnie
i wasza fascynacja haszysz
cieszy was fifka nabita
moje niepojęcie dla was niezrozumiałe
serducho napierdala
kórwa pusta torba
coś widzę panią marichuanę
paranoicy i renciści
łączcie się
bo wszystkich śmierć taka sama
przypalić i to samo zobaczyć co widzieć
klatka po klatce kilka końców na początku
rytuał powykręcanie rozpoczyna
1998


wino xxl

mimo to iż wszyscy umżemy
wszyscy doskonali jesteśmy
każdy z nas synem boga
każdy z nas bogiem jest
mimo to iż wszyscy znikniemy
sami w sobie będziemy
nie materialni nie fizyczni
będziemy sobą anormalni
wszyscy umieramy
błędów swoich wiele znamy
nie tędy droga
nie tędy droga
nie tędy droga
nie w tą stronę
nasz umysł wzburzoną wodą
słońce naszą mądrością
oświecenie wisi na niebie
by je poznać
uspokojmy dusze swoje
mimo to iż wszyscy umżemy
wszyscy doskonali jesteśmy
utopiony w kościelnym winie
utopiony w kościelnym winie ja
bóg zbawca?
doskonały każdy z nas
mimo to iż wszyscy umżemy
instynkt podpowiada mi
uwolnić się od cierpienia
doznając nie cierpienia doznajemy cierpienia
doznając dobra doznajemy zła
myśli moje zawodzą mnie?
logika?
dusza irracjonalna
utopiony w kościlnym winie
utopiony w kościelnym winie ja
czy istniejemy naprawdę?
Xxl boski rozmiar
boska jesteś ty
czcią boską objęty pieniądz
hujowi jesteśmy my?
bo nie widzimy swojej doskonałości
poznałem cię jesteś boska
boscy jesteśmy my
Xxl
miłość - uczucie
pieniądze
namiętność - cielesność
ty ja my wszyscy
a jednak
oświecenie wisi na niebie
by je poznać
uspokojmy pełne wzburzunych fal dusze
1998


... bo nie znam was
bo płakać nie umiem
bo brak mi słow
bo pusta pełnia
bo ręce drżą i dym ulatuje
bo nie znam was
o sobie rozprawiam
bo wasz wzrok nie poznaje
i mnie nie odnalazł
gubi myśl i posyła ciemności rozpych
wszystko wam dam
bo to nie schizma
bo to nie do opisania
bo to doznanie miłość i...
1998


kontakt

bzdura
TRACĘ KONTAKT ZE ŚWIATEM!
bzdura,bzdura
TRACĘ KONTAKT ZE ŚWIA...!
bzdura,bzdura,bzdura
TRACĘ KONTAKT...!
bzdura,bzdura,bzdura,ble ble
TRACĘ KON...!
bzdura,bzdura,bzdura,ble ble,bzdura
TRACĘ...!
bzdura,bzdura,bzdura,bzdura,bzdura,bzdura
TRA...!
bzdura,bzdura,bzdura,bzdura,bzdura,bzdura,bzdura...
1998


proszę pana

gzyms sięga stóp
noc wiosenna
w oknie naprzeciw pali się światło
miga żar
desperacki krok
dążenie do kresu
ziemia człowiekowi bliska...
dźwięki nie wydane
słowa nie wypowiedziane
1998


kochanie

wielkie kałóże krwi
ktoś zapomniał o miłości wielkim objawieniu
cierpienie rządzi w ludzkiej rzeczywistości
zapomniał,zapomniał
me kochanie to widziało
purpurę krwi wielkich kałóż
wszystko pełne ran...
istna burza,burza nieżywych ciał
widzę deszcz świecą czerwienią jego krople
istna burza,burza dusz niewinnych
zapomniał,zapomniał
mażę o wolności więc zamykam się w miłości
me kochanie zasłania duchem
swoją pornografię ha ha
wielkie kałóże krwi
miłosiernych i niemiłosiernych
za sprawą tych ostatnich
czy ty też zapomniałeś
pamiętaj pamiętaj pamiętaj
smród brud ciało gnije krzepnie krew
wierszyki demona zła
ja wiem zapomniałeś o miłości wielkim objawieniu
me kochanie to widziało
purpurę krwi wielkich kałóż
mażę o wolności więc zamykam się w miłości
rozdam ją wam i me kochanie trochę dostanie
1998


wolny dzięki wiśni

przykucnął przy murze
morda zachlana
w brudnym habicie przeszłości
kiedyś był on hippisem
w latach swej młodości
tłuste włosy nosi do dziś
uwolniła go wiśniówka od przykrej rzeczywistości
mieszka w tutejszej kamienicy
jeszcze nigdy nie odnawianej
jeszcze nosi swoje dzwony
i tych samych ma znajomych
lecz nic go już nie cieszy
szukał on wolności
uwolniła go wiśniówka od przykrej rzeczywistości
płaszcz podarty i koszula
i zszargana jego dusza
wstał i poszedł po jabola
minął mury obdrapane
przetoczył się po ścianie
myśleć nie ma po co
szukał on wolności
lecz już nie ma on przyszłości
nic nie widzi- oprócz butów
krawężników, brudnych kałóż
mija ludzi na ulicach
boga nie zna osobiście
lecz pogrąża się w utopii
ma nadzieje na zbawienie
1998


tytuł

małym druczkiem myśli moje zawiłe
nie wyjątkowe
mam ochotę zaśpiewać wam piosenkę
nie wyjątkową
miłość uczucie mas
ogarnęło mnie
bo to ją poznałem wczoraj
nie inną niż wszystkie
i po swojemu nie wyjątkową
kocham jak wszyscy całym sobą
i stapiam się z nią jak z innymi
w szarym tłumie myślę i wyglądam inaczej
nie wyjątkowo
ni wyjątkowy jest każdy z nas
oryginalnym sobą jest
moja piosenka jest nie dla mas
ludziom trudno
przekonać się do siebie
1998


nie szalej

książka zamyka ci oczy
gdy delektujesz się pustą w osoby nocą
lubisz ten świat
twój samotny świat
błachych wielkich rozterek
i papieros nie daje ci tego co kiedyś
i erotyka niobecna zamyka ci oczy
bo nie ma kogo kochać
a szaman twej duszy
śpiewa ci piosenkę
nie szalej
nie szalej niee
nie szalej
nie szalej niee
wolny z osób wieczór pełen
myśli nie wysłuchanych
napisz list do współczującego
pełen zażaleń
dobre serce cierpi
bo nie ma kogo kochać
tylko jedno wysłuchaj pieśni szamana
nie szalej
nie szalej niee
nie szalej
nie szalej niee
1998


!!!młody poeto???

kto rymóje ten:
„pisze dobre wierszeeee
-bzdura brednia
ojej a gdzie ten rytm
-matematyczny wdzięk
-bzdura brednia
...kropka na końcu
znaki konwencyjne
...złam zasady- czuj słowami
ojej rym
moje myśli poetyckie
młody poeto??
!!!wal to wszystko
wulgaryzmy
nie wulgaryzuj młody poeto
bo nie będziesz czytany
wal to wszystko
młody poeto
po ulicy nie chodź rozebrany
pisz swe myśli dla higieny psychicznej dla zdrowia nago
mickiewicz nago
ewa,adam
lecz elegancko pod krawatem
powieść wiersz ka-frasz
ja ty on
wszystko jednon to tylko ty;:’”/?>.<,-=+|\)(*&^%$#@!~`młody poeton
1998


wizja

mam taką wizję wywołaną parciem intelektu
na moje ociężałe ciało
w ciemnej studni kamienicy przy ścianie
idzie chłopiec
bystrymi niewinnymi źrenicami
patrzy mi w oczy
przy ścianie jakgby
sądził że może schronić się
za chropowatymi wypukłościami tynku
który ledwie trzyma się cegieł
leżąc na murze
przypatruje mi się z niewinnym przestrachem
tak kiedyś wyglądał skromny twórca
patrzy na szary blask słońca
przyćmiony ścianami
betonowych ciemnych intruzów
maluch widzi powykręcane poierdolenie
które oślepia
a staje się tylko małym blikiem na oku
kiedyś opisze on cały ten syf
lecz zabraknie chwili
na maleńką duszyczkę niewinną
przy ścianie
jakby sądził że za nią
jest cała rodzina
wraz z bajkowym bogiem z zapiecem
wokół panóje cień
1998


skończoność

koniec nieskończoności
nie znam was
słowa introwertyka
prawdziwe kłamstwa duszy nieznanej
chcę ulecieć z wami
chciałbym do was pasować
niech to będzie koniec nieskończoności
dla nas
bawmy się i tańczmy
zajżałeś człowieku zajżałeś głęboko
chcę abyś przejrzał proszę
niech teraz koniec nieskończoności
w tej chwili
błogiej chwili trwa wiecznie
poznaj mnie trochę
choć trochę pokochaj
jak ja cię ukocham
w tej chwili
niech to będzie ten właśnie koniec
koniec nieskończoności
dla nas wszystkich
kochajmy się wtej chwili
niezmiernie nieskończenie
koniec
1998


rewolucja

rewolucja rewolucja
dajmy świadectwo naszego sumienia
słusznego myślenia
nieważne czy wygramy
nieważne czy przegramy
dajmy świadectwo dajmy świadectwo
ogarnięcia prawdy
niech ich umysły gniją
niech żyją hipokryci i cierpią
niech żyją
rewolucja rewolucja
dajmy świadectwo naszego sumienia
słusznego myślenia
rewolucja rewolucja
zryw prawdy ludzkości my
1998


nie mam ...

nie mam boga i nadziei
mam miłość
nie mam boga i nadziei
mam miłość
to wszystko co powiem
miłość to wszystko
kochana kochana nie odchodź
straciłem jej słodycz jej słodkość
boga nie znam osobiście
lecz pogrążam się w utopii
mam nadzieję nadzieję
że miłość to wszystko
1998


oby spadł deszcz

zwierzęta my gatunek prosty ludzki
kochać umiemy
krzywdzić też skutecznie
nie poddaj się ogółowi masie
bądź człowiekiem!
człowiekiem ludzkim
oszczep
karabin- pożremy się
pistolet- w niewartej tego sprawie
warto żyć po ludzku
doczekaj śmierci z uśmiechniętą twarzą
kocham szary chyba jak wszyscy
nie bądź jak człowiek bez twarzy
twoja blada
oczy zapadnięte
uśmiechasz się ironicznie
ludzie bez twarzy
chodzą po ulicach szarych spalin
oddychają głęboko
złoty w rynsztoku ma tę samą
brudną wartość
oby spadł deszcz
kochaj i deszcz
1998


niewyczerpany temat żaden

nie zabijaj mnie moja droga
bo mój plan padnie
przecież pisać mam o moja drogo
drogo prosta u schyłków światów istnienia
o moja
nie zabijaj
dwunastu wersów chcę nie sześciu
o jak drogo na tym małym bazarku z książkami
o jak drogo na przecenie
artysta obnaża zaprzedaną duszę
moja droga nie znasz go
ona już do łużka
pod czerwoną białą od nasienia pieżynę
aksamitne wstążki
zmysłowo wiązane
to śmiecie dni
niepoliczalnego pędu
destrukcji istnienia
1998


purpura

biel kartki mnie zabija
wszystkie kolory jednym się stały
moja muza mnie wystawiła
nimfa ukrywa się gdzieś
i model nie przyszedł na czas
ściana gładka wielka pusta
jak ta kartka martwa
zlała się z bielami
i purpurą naszły mi oczy
i purpura biała
1998


ich

poetycki dedykacje z brudnych serc wybrane
kłamstwo
dobrze ma być rozumiane
czy szelest liśći w parku
w środku stycznia
czystym jest oświadczeniem?
tak bo poeta
pięknie dba o ich
przeznaczenie
ha cha ha
1998


zagubienie

natchnienia poszukuję w ciemności
twórczości zamkniętej duszy niepojętej
w bladoszarym błękicie nocy
instynkt artysty
budzi się w mroku świecidełek
szuka miłości pięknej
ale prawdziwa niepojęta
choć do odszukania
gdzieś w zakamarkach
demona płęta
w ciemni rozbłyska
kartoteka snów
zagubiona w duszności
człowieku ludzkości
nieogarnięta twoja wiedza
bo zagubiłeś się
logicznym śnie
1998


tratatata

jakaż sekunda banalna chwila
jakaż minuta jest błacha
jakże godzina się nigdy nie dłuży
miesiąc rok dwa nadchodzi śmierć
duch radość wielka
ciemność i światło całość
wszechobecnego wszechświata
dla mnie i dla wszystkich
koniec świata
tratatata
jakże sekunda banalna chwila
jakże życie błache
1998


my

odpływy i przypływy
kuriozum wszechobecności
patyki liany drzewa
powikłań
wszechobecnego nas
sobie i wszystkim
szczęśliwych rozwodów
na temat i o temacie
praktykować siebie w nas całym
do pełna i w czas
usposobienie przychylne
tobie i mi w nas
1998


artysta

artysta nia musi być słyszany
artysta nie musi być widziany
artysta nie musi żyć
artysta musi doświadczyć
1998


obrazy

rewolucja obrazów
egzystencji płodu
maleńkich niewidocznych nieżyjących
i wielkich i złych
jak grzyb nad hieroszimą
i tych więcej mniejszych
bogobojnych
na duszy przystojnych
nieprzystępnych dziewic rewolucji
i tych którzy wizji szukają w toxyku
tych szukających w głębi nicości
oświeconych
cudownych
dobroci egzystencji
rewolucji
nieskończoności obraz nas
1998


oni

oni w nas siedzą
jest ich wielu
nieładnych i szkaradnych
olśniewająco uroczych lecz złych
to oni deformują sumienia
los przeinaczyć chcą
i zmienić świat w półmrok martwych dusz
pijanych i ślicznych
poplątanych
rozumnych
pojebanych
wyzbądź się myśli histerycznych
popadnij w euforię życia
3-4tery
pieśni złych trubadurzy oni
1998


czy widzisz

poskręcane członki
widy i zwidy
oczka powykręcane
zgasłe z przeceny kiczyki
i broń plastykowa
przekręca się ludzikowa głowa
halucynacja rozterki wewnętrznej
ogień
rzemień różowej barbi
wystający z miedzy ud
nos stopił się w cały tłum
plastykowych komurek twarzy
nagle BUM!
hej!czy widzisz czasem sen?
1998


siebie

brzemię twego losu
między nimi wieloma
niepoczytalnymi
uwolnij ich teraz
szczęściem lub kontrastem
zbawiennego życia
we troje czworo i w parze
daj im siebie całą
i pistolet
dla powikłań
i rozwiązań nieczystych
1998


błędy

błędy intelektu
głęboko strawione myśli
których istnienie
uzasadnione ludzkością
pełen kwiat zjednoczenia
wypełniony pustką istnień
w nienarodzonym
biorę wielki łyk piwa
po czym rozprawiam hipokryzją
pusty umysł osiągnę!
obecnych ignoruję
zataczam się po zakamarkach
brudnych słów
osobowość zatracam
błędów intelektu masa
1998


pustka
duszy bliska pustka
gdy umysł targany śmiercią
ślepia widok ten oślepia
oczy widzą ślepo
dusza wizji nie rozumie
pojąć umysł nie potrafi
czemu więc on służy
pustym myślom widok
piękny jak z bajki
o eufori
lecz
orgazm milionów barw sposobem na życie się nie jawi
1998


oczy

spekulacje przyszłych stworzeń
z kumplem chcemy okiełznać czerń
subiektywny realizm
półcień widocznych twarzy
za oknem rozbłysków dnia mnóstwo
nasza ciemnia portretów
pulsujących płomieniem
między nami sielanka
pięknych hemoroidów
i stół z wosku
rozpływa się w czerń
pokoju chcemy
choć shizmatyczny masochista
dosięga wiecznej nocy
potencjał intelektu
doświadcza mistycznych objawień
twarze różowieją bledną w końcu czernieją
1998


to ty

namaluję cię
chuda jesteś
ślady życia na twarzy i w oczach
chora rzeczywistość
płaczesz
chudą ręką ocierasz łzy
błękitno szare
piękna jesteś wiesz
czarne włosy kruczo czarne
białe pasemka minionych lat
obrączka zsunęła ci się z palca
ślady życia
utopiłaś się powiesiłaś
na szyi
przedziwny wisiorek
smutek w ciemnych oczach
czarne wykrzywione w grymasie brwi
to ty
namaluję cię
1998


zobacz

most bez barier
jawi się nieboszczykowi
gdy po omacku szuka oparcia
dlaczego patrzysz ślepo
marne domysły snujesz
kiedy cierpienie wszechobecne widzisz
choć trup gorący pali
sumienia nie wyzbywaj się
barier nie twórz gdy kochasz
po omacku ocknij się
most symbolem łączy
choć ślepo widzisz zobacz
po czym stąpasz
most bez barier
1998


drzwi

trwający wiecznie lecz skończony
czas problem ściany
jak ktoś kiedyś odnalazł drzwi
ktoś kiedyś odnalazł narkotyki aby je spostrzec
nie ufaj
ufaj sumieniu trzeżwemu
obyś trwał wiecznie
w dusznym wszechświecie
myśli moje ścianą
niech dla was nie będą
stopą przekrocz próg
resztą nic nie rób
zrozumiesz
jak zrozumiał pan z drzwi mojej duszy
anormalny ćpun marzeń sumienia
czas problem ściany nieskończony
niech dla was nie będzie
1998


lyryk świetlany

kolejne płomienie
kręgu osób nieznanych
światło żywe pulsuje czerniami
pomiędzy starszyzną i martwymi przestrzeniami
my
i oczy czarne patrzą i znależć chcą prawdy
osób obecnych
lecz oni kolorowej tęczy jażni
rozpatrują horyzonty
a pomiędzy żygającymi
ja
kilka kłosów traw z indii
na ich potrzeby
przybyło tu dziś
w muzyce mistycznie
i indianin
w czarnej skórze
zatańczył między płomieniami
z cieniem zażyle dyskutuje ktoś
transcendentalny
pomyłka błąd
długie wlosy w
chwalebnym rytuale płoną
aby
ugasić
pożar
dusz
1998


sny

jak sowa poluję samotnie w mroku
tak ty wolny w swych snach
wiesz gdzie jesteś
ja zapomniałem zasnąłem zbyt daleko
zagłębiając się w duszy twojej
ujrzałem kał który jest w każdym z nas
śmierć miłość uwolnienie
śmierć miłość uwolnienie
śmierć miłość uwolnienie
śnisz ty ja
wódką przedłóżasz ten stan
nie widzę przemocy świata
zbyt daleko odkrywam sens
senssssss- jest tuż tuż
śnisz ty ja
śmierć miłość uwolnienie
śmierć miłość uwolnienie
śmierć miłość uwolnienie
w każdym z nas
kochasz?
śmierć
poznasz ją
wybuchnie w tobie przygnębieniem
zagłębiając się w duszy twojej
ujrzałem kał
śmierć miłość uwolnienie
krzyczę ja
nadchodzi wyzwolenie
zapadam w sen
nadeszła śmierć - zasnąłem
1998


nimfy?

noc zwalczyła powieki
oczy widzą was
piękne nimfy niewidoczne
kontrast mych słów snów
kiedyś obudzę się
katastrofy dzień nadejdzie
a wtedy nagi zapomnę o ubiorze
oczy widzą was
o piękne nimfy krótkowzroczności
sen oby nie zgasł
jak tlą się słowa
w noc wiosenną
upiornych wrażeń setki
niezależny sen uroczy
noc zwalczyły powieki
konwencja myślenia
oczy widzą
1998


interpretój

interpretój poetów
ów ich talent skromny
jak i malarzy podziwiaj swojemu ducha
wyzion jeśli chcesz
umieraj spokojny
i spóściznę interpretój
maltretój poetów
bo nie oni panem
tyś bogiem swych cierpień
poeta spisuje to ty czujesz
nie kochaj liryki
to poeci słowami ducha kochają
wyzion jeśli chcesz
nie żałój sobie niepojęcia
to poeta malarz niepojęty- ty
tyś masz talent nie rymój
bo przesłodzisz
jak ja teraz w twych uczuciach mącę
zinterpretój poetę
ów jego talent skromny
1998


narkoman

jestem sobą
jestem z tobą jeszcze lepiej mi
kimś innym chciałęm kiedyś być
zakpiłem z siebie wiem
mówisz- nie chciałabym innego
ty mnie znasz jakbyś znała od wieków
kiedyś zamknąłem się na świat
miałem swój świat bez wad
heroiczna hipokryzja
róż pomarańcz czerwień fiolet żółty różowy
toksyczny świat myśli nie moich
jestem sobą
jestem z tobą jeszcze lepiej mi
lsd heroina amfa kokaina
heroiczny świat wewnętrznych walk
róż pomarańcz czerwień fiolet żółty różowy
mówisz- nie chciałabym innego
1998


trzy światła blasku świec

trzy światła blasku świec
na twarzach noc i dzień
ściany żyją mrocznym życiem - cień
muzyk gra malując strunami
głuche słowa sensu istnienia
w oczach tli się przebudzenie
zmęczone ciała mrok
a myśli świecą jak
trzy światła blasku świec
żar nałogu upadł na podłogę
dym na licu przebudzenia
strużka wina jak żmija
między nimi trzema
muzyk nuci malując
nasze przeznaczenia
są trzy światła blasku świec
na twarzach noc i dzień
kruki zakryły szybę
gęstą ciemną barwą cienia
długie włosy martwych ciał
za sprawą przebudzenia
zgasły trzy światła blasku - cień
1998


cud (umierać mogę w każdej chwili)

cud smierci i narodzin
gnębi mnie prześladuje
cud radosny
otwieram się i śmieję
bo tworzę radosny obraz rzeczywisty
prześliczny obnarzony
bo kiedyś
każdy obraz przeminie
i szczęście zarówno
w końcu jak i w początku
bo nie nasze cieszy
lecz wspólne nas istnienie
jak każda bajka
happy endem
rozpoczyna się
koniec
1998


deszcz

deszczowa kropla odbija się od stada
obija się o suchy liść dębowego drzewa
to przeszkadza jej w dążeniu do celu
do rozbicia się o ubitą ziemię
obija się o szybę
tam staje przed samą sobą
bo ta szyba
bardzo przypomina ją
taka skryta w sobie
taka nieprzejrzysta
1995

designed by Ratz